Portal historyk.eu prezentuje, przede wszystkim, materiały dotyczące historii, a SAFE to kwestia teraźniejszości i przyszłości. Jednakże jest w historii Najjaśniejszej Rzeczypospolitej coś, co mi absolutnie do programu SAFE pasuje. Bo wszystkim jakoś umyka bolesna lekcja z historii.
Oby nie spełniły się słowa Marszałka!
„Naród, który traci pamięć, przestaje być Narodem – staje się jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium” (Józef Piłsudski)
W chwili, gdy piszę te słowa, Sejm przyjął ustawę o udziale Polski w europejskim programie pożyczki zbrojeniowej SAFE. Senat pracuje nad poprawkami, na koniec o wszystkim zadecyduje Prezydent RP. Czy powinien ustawę wdrażającą udział naszego kraju w tym programie podpisać? Dyskusja, jak zwykle w Polsce, kończy się na jałowym sporze między koalicją rządzącą a opozycją. Jedni i drudzy zarzucają sobie wzajemnie zdradę i działanie na niekorzyść polskich interesów. O argumentach nikt nie mówi – jeśli w ogóle jakieś się pojawiają, nikną one w zgiełku politycznej wrzawy. A rzecz nie jest tak jednoznaczna, aby o nich nie dyskutować. Na dodatek mieliśmy w historii wydarzenie, o którym można by powiedzieć, że „chcieliśmy dobrze, a wyszło tak jak zawsze…”
Odsiecz wiedeńska. Wielka wiktoria?
W sensie militarnym jak najbardziej. 12 września 1683 roku połączone siły polskie, austriackie i niemieckie rozbiły pod Wiedniem armię osmańską. Pochód Turków został zatrzymany; Europie Centralnej (krajom niemieckim, w tym Austrii) oraz Środkowej (czytaj: Polsce, a szczególnie jej kresom południowo-wschodnim) Turcy przestali zagrażać. To po stronie plusów.
Sobieski miał nadzieję, że udzieliwszy Austrii skutecznej pomocy (nikt chyba nie wątpił w potęgę polskiej husarii i zwycięstwo) odzyska poniesione na wyprawę nakłady z nawiązką, a to pozwoliłoby mu nie tylko utrzymać, ale i rozwinąć wojska koronne. To po stronie planów.
Po stronie minusów należy odnotować przede wszystkim potężne zadłużenie tak króla (Sobieski zaangażował w sfinansowanie wyprawy wiedeńskiej potężne środki prywatne) jak i Korony. Wprawdzie Sejm zatwierdził podatki na wyprawę i zaciąg do wojska 36 tysięcy ochotników, ale środki spływały bardzo powoli. W tej sytuacji Sobieski sięgnął po pożyczki. Liczył, że Polska będzie w stanie je spłacić. W warunkach udzielenia pomocy Habsburgom zostało zapisane, że cesarz i papież wyasygnują subsydia pieniężne na utrzymanie wojsk polskich (nigdy, w całości, tego zobowiązania nie wypełnili; przekazali tylko nieznaczną zaliczkę).
Skutek był tragiczny. Zabrakło w kasie Rzeczypospolitej środków na utrzymanie wojsk koronnych w ich „przedwojennej” sile – Sobieski musiał rozwiązać blisko 1/3 dobrych, sprawdzonych w boju wojsk. I rozpuścić wojska zmustrowane na wyprawę wiedeńską.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Od 1684 roku Rzeczpospolita, bez walki, zaczęła oddawać „terytoria wschodnie”. O Inflanty walczyli Szwedzi z Rosjanami. Polacy nie mieli nic do powiedzenia. W 1686 roku podpisany został w Moskwie traktat z Rosją. Za cenę utrzymania pokoju Polska oddała część Rusi (Białorusi) ze Smoleńskiem i część Ukrainy z Kijowem. A jakby tego było mało, dała Rosji prawo do „opieki nad wyznawcami prawosławia w Polsce”. Pretekst, który przez następne stulecie „usprawiedliwiał” wkraczanie rosyjskich wojsk na ziemie Rzeczypospolitej. Kolejne lata to ograniczanie pieniędzy na wojsko (jak krzyczeli zwolennicy Paców: „Po cóż nam była eskapada wiedeńska? Trzeba się było z Turkiem dogadać!” I, skutecznie, odrzucali projekty ustaw z podatkami na armię…).
Po śmierci Sobieskiego rozpoczęła się epoka „ustaw i rządów na zamówienie obcych sił”. Na króla wybrano saskiego księcia Augusta II zwanego Mocnym. Szwedom się to nie spodobało. Ich wojska weszły do Polski i opanowały znaczną część Korony, wzniecając waśnie i wojnę domową. W 1704 roku, pod szwedzkim naciskiem, zdetronizowano Augusta, wybierając Stanisława Leszczyńskiego na króla Polski. W 1709 roku karty się odwróciły – tym razem Rosjanie rozbili Szwedów, wymusili na Leszczyńskim abdykację i „zorganizowali” powrót Augusta Mocnego na polski tron.
Od tej pory sejm działał „na zlecenie” jak nie Austrii, to Prus czy Rosji.
24 października 1795 roku Austria, Rosja i Prusy podpisały traktat o (trzecim i ostatecznym) rozbiorze Rzeczypospolitej. Kraj, który ledwie sto lat wcześniej był potęgą zdolną walczyć z Imperium Osmańskim, teraz słaby i wewnętrznie skłócony przestał istnieć.
Analogia do SAFE? Wręcz oczywista. Wtedy, w 1683 roku, Polska zaangażowała się w konflikt między Imperium Osmańskim a Cesarstwem Austrii. Na kredyt. Dziś Rzeczpospolita stoi po stronie Ukrainy, tak mężnie i wytrwale walczącej z Rosją. I zbroi się. Też na kredyt.
Co o tym myśleć? Brać z SAFE ile dają czy raczej zachować dalece idącą ostrożność?
Argument koronny za: zagrożenie ze strony Rosji.
Trudno z tym argumentem polemizować, przynajmniej tak by się mogło wydawać. Rosja jest nieprzewidywalna. Czy może zaatakować wschodnią flankę NATO, w tym Polskę? Zapewne tak, choć zdania ekspertów są co do tego podzielone. Działania wojenne przeciw Ukrainie pokazały, że Rosja była w stanie osiągnąć początkowy sukces, zajmując część wschodnich terytoriów Ukrainy, ale nie była w stanie pokonać ukraińskiej obrony, nie była wstanie zająć Ukrainy w całości. Teraz prowadzi wojnę terrorystyczną, atakując dronami infrastrukturę krytyczną – chce złamać psychikę mieszkańców Ukrainy i doprowadzić do buntu, do drugiego Majdanu (ale w odwrotnym kierunku).
Argument koronny przeciw: Rosja to papierowy tygrys.
Gdy rząd podejmuje działania dobitnie świadczące o ocenie zagrożenia ze strony Rosji na nikłe lub żadne, to w istocie zaprzecza potrzebie „zbrojenia się po zęby”, w tym także korzystania z pożyczki SAFE.
Takim argumentem jest lokalizacja dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej, która ma powstać na terenie gminy Choczewo, jakieś pół kilometra od brzegów Bałtyku. Niespełna 150 kilometrów w linii prostej od rosyjskiego Obwodu Królewieckiego. Lub, jak kto woli, 15 minut lotu dronu bojowego. A jeśli założymy, że kilka statków „handlowych” z rosyjskiej floty cieni wypuści drony z morza, z pozycji nieznacznie oddalonych od polskiej granicy morskiej (12 mil morskich od linii brzegowej czyli ok. 22,2 km), czas lotu skraca się do zaledwie 2,5 minuty.
Ta elektrownia ma kosztować – przy uwzględnieniu inflacji i „kosztów wcześniej niezaplanowanych” – nawet 300 miliardów złotych. To więcej niż środki, które Polska może pozyskać w ramach programu SAFE (ca. 183 mld złotych). I taki obiekt wystawiamy na zniszczenie?
Rosja napadła na Ukrainę w lutym 2022 roku. Władze RP miały pełne cztery lata, aby zmienić lokalizację dla planowanej/powstającej elektrowni atomowej. Skoro tego nie zrobiły, wniosek może być tylko jeden: zagrożenie ze strony Rosji jest nikłe, wręcz żadne!
Gdyby było inaczej, gdyby wywiadowcze oceny potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji wskazywałyby na wysokie ryzyko napaści na Polskę, to chyba rząd podjąłby decyzję o zmianie lokalizacji na możliwie najbardziej oddaloną od Rosji (np. rejon Bogatyni)?
Oczywiście padnie argument, że elektrownia będzie posiadać własną ochronę bojową. Automatyczne działka sterowane przez sprzężone z radarami komputery. Nie jestem ekspertem od uzbrojenia, ale z tego, co wyczytałem, tego typu działka montowane na amerykańskich lotniskowcach mogą zniszczyć ok. dziesięciu obiektów w ciągu minuty. A jeśli pierwsza fala uderzeniowa będzie chmurą tysiąca dronów? Nierealne? Rosjanie dzień w dzień wysyłają ich setki na Kijów i inne ukraińskie miasta. Ocenili ich skuteczność i przydatność wysoce pozytywnie, zatem są na ścieżce stałego wzrostu liczby atakujących bezzałogowców. I produkują ich, z miesiąca na miesiąc, coraz więcej.
Argument za: musimy bronić naszych granic.
Pamiętamy wszyscy polityczną wrzawę, gdy Antoni Macierewicz ujawnił koncepcję obrony opracowaną przez rząd Tuska (po 2010 roku), zakładającą obronę na linii Wisły. Dziś obie strony polskiego politycznego piekiełka stały się zakładnikami koncepcji „wojny na granicy”. Ukraińcy, po 2014 roku, zbudowali w pewnym oddaleniu od ówczesnej granicy umocnienia obronne (bunkry, schrony, stanowiska ogniowe czy obserwacyjne), których Rosja przez 4 lata nie dała rady zdobyć czy zniszczyć. Wydaje mi się, że osoby odpowiedzialne za politykę obronną Polski, mają (bo chyba powinny) podobną wizję. Zatrzymać nieprzyjaciela, zatrzymać rosyjskie wojska jak najbliżej naszych granic.
Taka koncepcja istotnie wymaga potężnych nakładów. Zatem udział w programie SAFE, wspierany naszymi własnymi wydatkami na obronność, jest uzasadniony.
Argument przeciw: czy wojna „graniczna” z Rosją ma sens?
Najpierw należy spojrzeć na Ukrainę. Jak wcześniej napisałem, rosyjska armia niemalże zrezygnowała z działań bojowych na lądzie. Atakuje dronami ukraińską infrastrukturę krytyczną. Nie potrafię sobie wyobrazić warunków życia w Kijowie. Nie ma prądu, ogrzewania, wody. Nie funkcjonuje (a nawet jeśli, to z trudnościami) transport. A co, jeśli Rosja nie ma w planach „pierwszego etapu wojny przeciw Polsce” przełamywania polskiej obrony granicznej? Co, jeśli na początku Rosja zechce zastosować identyczny, jak w Ukrainie, sposób prowadzenia wojny?
Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym armie się nie ruszają, ale dzień w dzień w polską przestrzeń powietrzną wlatuje kilka tysięcy dronów niszczących naszą infrastrukturę krytyczną w trójkącie Trójmiasto – Białystok – Warszawa? I będą spadać na bezbronne obiekty cywilne?
Zdecydowana większość polityków odpowie, że tym bardziej trzeba brać SAFE. Straty cywilne są, niestety, nieodłączną składową kosztów wojny. Tak zresztą postąpiono w 1939 roku, gdy Rzesza Niemiecka napadła na Polskę.
Są jednak inne przykłady z historii. Nie wszyscy „walczyli do śmierci”. Niektórzy nawet nie podejmowali walki.
14 marca 1939 roku prezydent Czechosłowacji Emil Hácha, w obliczu groźby, że Niemcy zbombardują Pragę, podpisał w Berlinie akt oddający Czechosłowację pod władzę Niemiec. Uznał, że zbombardowanie Pragi spowodowałoby zniszczenie najważniejszych zabytków kultury i tożsamości narodowej Czechów.
9 kwietnia 1940 roku Niemcy zaatakowali Danię. Zaledwie w kilkanaście minut po rozpoczęciu ataku duńskie naczelne dowództwo wydało rozkaz kapitulacji – w ocenie duńskich władz kraj nie miał szans w wojnie z potężnymi Niemcami. Za to Duńczycy doskonale wiedzieli, co spotkało Warszawę we wrześniu ’39-go. I takich zniszczeń, takiego cierpienia ludności cywilnej, chcieli uniknąć. Istotną rolę w takiej postawie odegrała pamięć historyczna – ofiary, straty i zniszczenia podczas najazdu wojsk pruskich w 1864 roku.
10 maja 1940 roku Niemcy wkroczyli do Luksemburga. Walk w zasadzie nie było. Opór, w bardzo ograniczonym zakresie, miał umożliwić wielkiej księżnej Charlotcie i członkom rządu opuszczenie terenu Luksemburga.
Czechosłowację, Danię i Luksemburg łączy jedno: nie posiadały sił wojskowych, zdolnych do stawienia oporu niemieckiemu najeźdźcy. Czy mogły podjąć walkę? Zapewne tak, ale ich władze uznały, że koniec i tak jest wiadomy. A przy okazji uniknięto zniszczeń wojennych i strat w majątku narodowym. I bezsensownej śmierci ludności cywilnej.
22 czerwca 1940 roku Francja podpisała układ o rozejmie z Niemcami, będący tak właściwie jej kapitulacją. Oczywiście byli we władzach Francji politycy, jak choćby prezydent Francji Albert Lebrun, opowiadający się za wycofaniem wojsk do Wielkiej Brytanii czy (a może przede wszystkim) Algierii i kontynuowaniem walki z Niemcami, jednakże stanowili oni niewiele znaczącą mniejszość. Zgromadzenie Narodowe (Senat i Izba Deputowanych łącznie) postanowiło przyjąć warunki niemieckie i udzieliło marszałkowi Philippowi Pétainowi specjalnych pełnomocnictw, czyniąc go zarazem pełniącym obowiązki głowy państwa. Za głosowało 569 parlamentarzystów na 669 biorących udział w głosowaniu.
Dania. W trakcie wojny straciła niespełna 1% ludności.
Czechosłowacja. Podczas wojny straciła nieco ponad 1,5% ludności.
Luksemburg. W czasie wojny stracił ok. 2% ludności.
Francja. W wyniku wojny straciła niespełna 5% ludności.
Polska. Utraciła 22% przedwojennej populacji (choć nie jestem pewien, czy szacunek ten obejmuje również ofiary stalinizmu z lat 39-45).
Skoro politycy bardzo chcą, by w przypadku faktycznego zagrożenia, a właściwie ataku ze strony Rosji, Polska „postawiła się” najeźdźcy, muszę postawić pytanie: za jaką cenę? Ilu mieszkańców Polski straci życie w nalotach dronowych i będącej ich skutkiem katastrofą warunkującej godziwe życie infrastruktury? Czy w ogóle wzięto ten aspekt pod uwagę?
Perspektywa dla SAFE.
Pożyczka SAFE ma być spłacona w roku 2075 (maksymalny okres wykorzystywania transz to rok 2030; każda transza spłacana do 45 lat). Taką pożyczkę spłaca, swoimi podatkami, całe społeczeństwo. I gospodarka.
Demografia to czynnik, który ma (lub przynajmniej powinien mieć) fundamentalne znaczenie dla kwestii uczestnictwa (lub nie) Polski w programie SAFE.
Zdolność obronna Polski to nie tylko pieniądze na sprzęt i amunicję; to nie tylko zdolność produkcyjna sektora militarnego Polski i wszystkich krajów NATO. To także, a może i przede wszystkim, zdolność do posiadania odpowiedniej liczebnie armii. A ta, z każdym rokiem i dziesięcioleciem, będzie się zmniejszać.
Obecnym celem dla Polski jest posiadanie 300 tysięcy żołnierzy (przy dzisiejszym poziomie 217 tysięcy). Perspektywicznie: nawet pół miliona.
Czy to jest możliwe? Patrząc się na prognozy demograficzne Głównego Urzędu Statystycznego (Prognoza ludności na lata 2023 – 2060; GUS, Warszawa 2023) mam wątpliwości. Dane są następujące:
2030: 36,8 miliona, w tym 23,4 miliona osób w wieku produkcyjnym,
2040: 35,2 miliona, w tym 19,3 miliona osób w wieku produkcyjnym,
2050: 33,2 miliona, w tym 15,8 miliona osób w wieku produkcyjnym,
2060: 26,6 miliona, w tym 12,3 miliona osób w wieku produkcyjnym.
W 2070 roku ludność Polski może spaść poniżej 20 milionów osób.
Znam „doskonały” kontrargument: to tylko prognozy; na pewno tak źle nie będzie.
A co, jeśli to się spełni? Bo jakoś szacunki GUS, Eurostatu czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego są do siebie bardzo zbliżone…
Na koniec roku 2025 liczba pracujących (razem z samozatrudnieniem i prowadzeniem działalności gospodarczej) w Polsce wyniosła 17,36 mln osób; do 2035 roku przewidywany jest spadek o 12% (2,1 miliona osób).
Tyle dane. Pora na pokazanie problemów.
Co dla polskiej gospodarki oznacza program SAFE? Ano to, że te pożyczki trzeba będzie spłacić. Nie łudźmy się: łatwo nie będzie. Raczej bardzo trudno.
Przy spadającej liczbie osób w wieku produkcyjnym spadać będzie zatrudnienie. A to oznacza, że spadać będą dochody budżetowe z tytułu podatku PIT (wprawdzie wzrastać będzie ilość emerytów, ale cóż, wysokość PIT od emerytury a PIT od pensji to jednak jest różnica).
Przy wzrastającej liczbie osób w wieku poprodukcyjnym wzrastać będą wydatki na emerytury i renty, a przecież ZUS, od lat, finansuje część tych świadczeń z dotacji budżetowej. Więcej emerytów to większe dotacje z budżetu dla ZUS.
Coraz więcej osób starszych będzie wymagać wyspecjalizowanej opieki geriatrycznej, a to będzie wiązać się ze zwiększeniem zatrudnienia w tym obszarze. Czyli dochodzą kolejne wydatki, które trzeba będzie sfinansować z budżetu państwa via NFZ.
Co czeka dochody budżetowe z tytułu podatku od dochodów przedsiębiorstw (CIT) oraz VAT? Regres? Zdania są podzielone. Niewykluczone, ale przecież do gospodarki coraz mocniej wkracza sztuczna inteligencja, która połączona z automatyzacją procesów może zastąpić pracę ludzką.
Jakby podsumowując ten wątek: nawet jeśli uda się utrzymać poziom dochodów budżetowych na aktualnym poziomie, to i bez spłat pożyczek SAFE wydatki będą wzrastać. A już obecnie w budżecie jest potężny deficyt.
Bardzo chciałbym zobaczyć rządowe analizy finansowe co do możliwości obsługi przez budżet państwa wszystkich dających się przewidzieć zobowiązań do roku 2070, ale takich materiałów nie znalazłem.
A co na to wszystko młodzi?
Perspektywa roku 2070 to ważna informacja. Obecni parlamentarzyści (szerzej: aktywni politycy) zdążą, w zdecydowanej większości, odejść z tego świata. [Nota bene: ja, jak i większość czytających ten tekst, też zdążymy przenieść się na łono Abrahama.] Te wszystkie zobowiązania, nawet bez SAFE, będą musieli zabezpieczyć=wypracować przedstawiciele obecnego pokolenia 20-tolatków. Oraz jeszcze młodsi.
Czy będą chcieli? A może będą chcieli opuścić nasz kraj?
Część z nich już to robi. Pracują w ponadnarodowych korporacjach. W „stacjonarnym” biurze muszą pojawić się bardzo rzadko; częściej pracują on-line. Dla nich jest sprawą drugorzędną, czy siedzą przed laptopem w mieszkaniu w którymś z polskich miast czy np. na Malcie.
Jakie jest ich nastawienie do „służby dla ojczyzny” w przypadku pojawienia się realnego zagrożenia? Zostaną czy wyjadą? Wystarczy przypomnieć sobie młodych Ukraińców, którzy otrzymawszy wezwanie do wojska wyjeżdżali. Także do Polski. Nie mamy podstaw by twierdzić, że nasze młode pokolenie jest inne, że dzięki patriotycznemu wychowaniu zostanie i gremialnie włączy się do obrony kraju. Wręcz przeciwnie. Zdumiałem się, gdy przeczytałem, że od 2015 roku miastem, w którym rodzi się najwięcej (polskich) dzieci jest… LONDYN! Wiemy, że część młodej generacji wyjechała z Polski i ma się na Wyspach, i nie tylko tam, dobrze. I jakoś nie słychać o fali powrotów.
Część zostanie i będzie gotowa walczyć.
Jak duża część? Czy ktoś to zbadał? I czy chęci przełożą się na realia?
Bardzo ważną kwestią pozostaje, jaka część wytrzyma trudy frontowych warunków. Wielokrotnie pokazywano relacje z ukraińskich „fortyfikacji”. Ziemianki. Warunki higieniczne? Udogodnienia bytowe? Najpodlejsze. Czy młodzi Polacy byliby w stanie funkcjonować w czymś takim przez kilka miesięcy albo i dłużej?
Czy ktokolwiek z rządzących pokusił się o zlecenie takich badań? Wątpię. A jeśli nawet są, to wynik zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo jest… porażający, oględnie mówiąc.
SAFE. Czy aby nie porywamy się z motyką na słońce?
Cały program SAFE, dla wszystkich państw Unii Europejskiej, to 150 mld euro. Aż czy tylko? Rosja, według ostrożnych szacunków, wydaje na zbrojenia, armię i wojnę w Ukrainie 250 mld USD (210 mld euro) rocznie. W latach 2026-2030 wyda na cele wojenno-zbrojeniowe dobrze ponad 1 BILION euro. Dobrze ponad, gdyż od 2022 roku wydatki Rosji na wojnę i zbrojenia systematycznie, rok w rok, rosną.
Wiemy, czego możemy spodziewać się po Rosji. A ile, na cele zbrojeniowe i siły zbrojne, wydadzą kraje Unii Europejskiej i europejskie kraje NATO razem wzięte? Wiemy, że łączne PKB krajów Unii Europejskiej (bez Austrii, która nie jest członkiem NATO, ale z Norwegią) to ok. 18 bilionów euro. Wiemy też, że docelowy poziom wydatków na zbrojenia to 5% PKB, czyli 900 miliardów euro rocznie. Docelowy, gdyż nie wszystkie europejskie państwa NATO ten poziom osiągają.
Teoretycznie Rosja nie ma, w starciu z taką potęgą gospodarczą, szans.
Ale tylko teoretycznie.
Rosja od lat gromadziła zapasy sprzętu i amunicji. Zorganizowała niewielkie fabryczki dronów, w których zatrudnia nieletnich: to dla nich „odskocznia” od biedy i głodu. Dostają dach nad głową i miejsce do spania w ciepłym pomieszczeniu. Dostają jedzenie. Dostają coś pośredniego między mundurem a odzieżą „cywilną”. I jakieś tam „kieszonkowe tytułem wynagrodzenia”. Ile dronów produkuje Rosja? 1,4 – 1,5 miliona sztuk rocznie. Każdego dnia Putin może rzucić do walki ponad 4 tysiące bezzałogowców. Tymczasem najnowsza europejska inwestycja w tym zakresie, powstająca w Wielkiej Brytanii fabryka dronów (w kooperacji z Ukrainą) ma dawać 10 tysięcy sztuk rocznie.
Europa jest daleko, daleko w tyle.
Eksperci oceniają, że za 5, może 6 lat Rosja będzie gotowa do starcia z NATO. Ja osobiście uważam, że tak szybko nie zaatakuje. Putin też czyta analizy i wie, że sytuacja demograficzna w Polsce to woda na jego młyn.
Z każdym rokiem, szczególnie po 2030, zmniejszać się będzie potencjał mobilizacyjny Polski.
Z każdym rokiem wpływy z PIT będą maleć (w tzw. cenach stałych), za to wydatki na sferę społeczną (renty, emerytury, geriatrię i podobne) będą wzrastać, przy czym presja na ich „drastyczny” wzrost będzie wymuszać „oszczędności” we wszystkich innych obszarach naszego życia społecznego.
Do 2030 roku środki SAFE zostaną wydane. Trafią (a takie są przedstawiane publicznie założenia) przede wszystkim do polskich producentów broni i amunicji. A co dalej? Czy Polskę będzie stać na wykorzystywanie tego potencjału? Czy, paradoksalnie, nie zbudujemy fabryk, które po 2030 roku będziemy zamykać?
Drodzy Czytelnicy, przyznaję, że nie wiem, co o tym myśleć.
24 lutego to czwarta rocznica agresji Rosji na Ukrainę. Mam wrażenie, że przynajmniej 3 z tych lat kraje Unii Europejskiej i NATO doskonale przespały.
Dziś próbujemy, w pośpiechu i bez należytego przygotowania, nadrobić zapóźnienia. Tyle, że jakoś nie do końca mamy rozpoznaną sytuację na własnym podwórku i niezbyt umiemy zbudować jeden spójny i obejmujący wiele obszarów problemowych plan działań.
Co nam bowiem przyjdzie z tego, że znacząco wzmocnimy, na jakiś czas, potencjał obronny Polski, doprowadzając do ruiny budżet państwa, budżety ZUS i NFZ, a oświatę, edukację, szkolnictwo wyższe czy sektor badań naukowych „zniszczymy” całkowicie?
Co z tego, że będziemy posiadali możliwości produkcyjne w zakresie uzbrojenia, jeśli nie będziemy posiadać odpowiednio wykształconych pracowników, niezbędnych do realizacji zadań produkcyjnych? I w ogóle będziemy mieli niedobór pracowników?
I nie będziemy posiadać rezerw ludzkich, możliwych do włączenia w struktury wojskowe?
Co z tego, że broń będzie leżeć w magazynach, ale nie będzie ludzi wyćwiczonych w jej używaniu?
Czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania? A bez nich, jak się wydaje, podejmowanie decyzji dotyczącej wykorzystania środków SAFE to… wróżenie z fusów???
Wykorzystać środki z pożyczki SAFE na ile się da? Może tak trzeba, może to jest jedyne wyjście i innego rozwiązania, choćby z troski o naszą niepodległość, nie można zaakceptować.
Nie wyobrażam sobie sowieckich (nie przejęzyczyłem się – mentalnie Rosjanie pozostali na etapie Sowieckiej Rosji) patroli na ulicach polskich miast. Nie wyobrażam sobie wzorowanych na stalinizmie metod „zapewnienia w Polsce ładu, porządku i bezpieczeństwa” przez tych… [Przepraszam, ale nie będę ich jakkolwiek nazywać. Wszyscy pamiętamy obrazki z Ukrainy i to, co oni robili. Z jeńcami, z cywilami…].
Nie wyobrażam sobie skali grabieży, która dotknęłaby każdy kawałek zajętej przez nich Polski. Choć może i wyobrażam – pamięć o tym, co oni robili na naszych tzw. Ziemiach Odzyskanych (lub, jak to ładnie napisał Sławek Gortych w cyklu książek o karkonoskich schroniskach – Ziemiach WYZYSKANYCH) przetrwała, a gdy słucha się opowieści o sowieckich zbrodniach z tamtego okresu, włos się na głowie jeży. Teraz mieliby znacznie więcej do kradzieży i innych zbrodni.
Najgorsze jest to, że Putin ma czas, czas, który gra na jego korzyść. Ma dopiero 74 lata i z pewnością wiele lat sprawowania władzy przed nim (kto pamięta chodzące „muzeum techniki” w osobie Leonida Breżniewa wie, o czym piszę). I z całą pewnością namaścił już swojego następcę. Człowieka ślepo posłusznego idei imperialnej Rosji. Byli jej posłuszni wszyscy carowie, przynajmniej od Piotra I. Kontynuowali ją wszyscy przywódcy Sowieckiej Rosji. Putin jest „produktem” komunistycznego wychowania. Człowiekiem KGB, jednej z najgorszych służb specjalnych świata. Jego następca inny nie będzie.
Rosjanie to nacja, która wydała całe mnóstwo szachowych arcymistrzów. Oni nie prowadzą polityki doraźnej, z dnia na dzień. Prowizorka to nie ich bajka. Przynajmniej nie w polityce. Tak jak w szachach – krok po kroku realizują wcześniej zaplanowaną strategię. Jeśli Putinowi nie będzie dane zdobyć Polski, zadanie przejmie jego następca.
Dziś Putin patrzy, jak kraje Unii Europejskiej i NATO zadłużają się. Wie, że te możliwości, prędzej czy później, wyczerpią się. Potem… Czy aby na pewno będą chciały „cierpieć” za pokój na wschodniej flance NATO? A może społeczeństwa Europy wybiorą „pokój z Rosją”? Może pójdą na drugie Monachium, jak Francja i Wielka Brytania w 1938 roku?
Putin patrzy też, jak kryzys demograficzny dotyka większość państw Unii i NATO. Wie, że prędzej czy później bomba demograficzna zniweczy wszystkie defensywne plany obronne Europy.
Putin gra na poróżnienie polityczne w gronie UE i NATO. Już „przeciągnął” na swoją stronę Węgry i Słowację. Wie, że demokratyczne podstawy funkcjonowania Zjednoczonej Europy mogą spowodować jej rozpad. Nie da się już uzyskać jednomyślności wszystkich państw – członków Unii. A to prowadzi do niezdolności decyzyjnej i będącego jej skutkiem rozpadu Unii.
Putin zaczeka. To mu się bardziej opłaca. Zaatakuje NATO, gdy straci ono rzeczywiste i pełnowymiarowe możliwości działania.
I to jest przerażające!
A może to tylko przesadzony pesymizm?
Piotr H. „baron”