Już słyszę te pełne wyrzutu głosy, że chyba zwariowałem, bo przecież to, co wyprawia ten… Trump, ta wojna z Iranem… Jak ja mogę pisać, że bez zmian? A w ogóle co ma wspólnego amerykańska polityka zagraniczna z moją książką „PAKT Z HITLEREM”?
Szanowni Państwo, jestem zapalonym rozkminiaczem historii i mam nadzieję udowodnić wszystkim P. T. Czytelnikom, że tak właśnie jest. Że ta amerykańska polityka jest w zasadzie dość stała.
Lata temu, gdy pisałem o Winstonie Churchillu, przedstawiłem go jako „lojalnego sługę Jego Królewskiej Mości”, który realizował obowiązującą w Królestwie zasadę, że „Anglia nie ma wiecznych przyjaciół ani wrogów, ma tylko wieczne interesy”. Ale, jak napisałem, to nie Churchill był twórcą tej reguły, lecz sir Henry John Temple 3 wicehrabia Palmerstone, który za czasów królowej Wiktorii był naprzód ministrem wojny, potem ministrem spraw zagranicznych, a później premierem. Jego styl rządzenia został nazwany „dyplomacją kanonierek”. Najpierw w świat wypływały statki Kompanii Wschodnioindyjskiej, które wyszukiwały smakowite kąski mogące przynosić Anglii krociowe zyski. Jeśli nie dało rady wziąć ich „po dobroci”, Kompania przedstawiała sprawę premierowi, a ten, z nadzieją na spore zyski, wysyłał kanonierki z Union Jackiem na masztach oraz setkami dobrze wyszkolonych i wyposażonych żołnierzy. Bez znaczenia, komu się na odcisk nadepnie i kogo do wiatru wystawi. Tak to funkcjonowało od mniej więcej początku lat 20-tych XIX wieku.
Anglosascy kuzyni z drugiej strony Atlantyku nie zasypiali gruszek w popiele. Zdawali sobie sprawę, że koniec wojen napoleońskich w Europie uwolnił potężne siły wojskowe, które mogą pojawić się na zachodniej półkuli i tworzyć kolejne kolonie. Brytyjskie, hiszpańskie czy nawet rosyjskie. I tu, po raz pierwszy, pojawia się hasło „Ameryka dla Amerykanów”. Amerykanie dogadali się z Anglikami, ustalając granicę z Kanadą, a co do reszty zdefiniowali swoją pozycję tak: Europę pozostawiamy Europie, ale Ameryka Środkowa (Łacińska) to obszar wpływów Stanów Zjednoczonych, a wszelkie próby narzucania przez europejskie monarchie takich systemów w Ameryce będą uważane za zagrożenie dla interesów i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Tak to widzieli pospołu ówczesny prezydent James Monroe (doktryna otrzymała jego nazwisko) oraz jej faktyczny autor, wówczas sekretarz stanu (a później prezydent) John Quincy Adams.
W 1904 roku prezydent Theodore Roosevelt dodał doktrynie Monroe’go tak zwany „ofensywny pazur” czyli prawo interwencji USA wszędzie na południe od granicy z Meksykiem, jeśli będzie to uzasadnione ważnymi interesami. Jego wiceprezydent, Charles Warren Fairbanks, zdefiniował owe „ważne interesy” następująco: the best business for America is the business of the business, co można przetłumaczyć następująco: najlepszym interesem dla USA są interesy robione przez sferę biznesu (firmy mają robić dobre interesy, osiągać zyski i płacić podatki, a budżet USA będzie na tym korzystać). Mogę dodać, że jednym z „owoców” tak zdefiniowanej polityki była Pokojowa Nagroda Nobla dla Roosevelta w 1906 roku (teraz łatwo zrozumieć, dlaczego Trump też domaga się pokojowego Nobla), konsekwencją natomiast były interwencje amerykańskie, które doprowadziły do powstania „sprzyjających Stanom Zjednoczonym” rządów Dominikany, Haiti, Meksyku, Hondurasu, Kostaryki czy Gwatemali! No zupełnie jakbym widział Trumpa narzucającego „przyjazny Ameryce” rząd w Wenezueli, a obecnie przebąkującego, że z Kubą też trzeba zrobić porządek… Iran choćby na krótko opanuje, lecz przypuszczam, że będzie to Afganistan II. I co, widzicie Państwo jakieś zmiany w polityce Waszyngtonu?
W 1952 roku prezydent Eisenhower, biorąc pod uwagę przebieg konfliktu koreańskiego, dołożył swoje trzy grosze. „Stany Zjednoczone muszą być zdolne do interwencji wszędzie tam, gdzie Sowiecka Rosja lub komunistyczne Chiny będą próbowały obalić demokratyczny porządek.” Amerykańska interwencja w Wietnamie czy próba kontrrewolucji na Kubie to pokłosie tamtej decyzji Eisenhowera.
Ronald Reagan, w ramach walki z „imperium zła” czyli Związkiem Sowieckim, dał przyzwolenie i kasę na wspieranie wszelkich ruchów „prodemokratycznych” wszędzie tam, gdzie Sowieci lub Chińczycy już weszli i panowali. Wprawdzie Stany Zjednoczone nie angażowały się tam militarnie wprost, ale dozbrajały i szkoliły żołnierzy. Na przykład mudżahedinów, co doprowadziło do ucieczki Armii Sowieckiej z Afganistanu w 1989 roku.
Irak, Afganistan czy obecnie Iran to kontynuacja dwustuletniej amerykańskiej polityki. A’propos Iranu: Trump już osiągnął swój „tajny” cel. Doprowadził do znaczącego wzrostu cen ropy. Nawet jeśli uda się ten konflikt dość szybko zakończyć, nie spadnie ona do poprzedniego poziomu. A o to Trumpowi chodzi. Że nonsens? Że wywoła w ten sposób inflację? A co zrobił ponad sto lat temu Theodore Roosevelt? Znacząco zmniejszył cła i… podniósł podatki!
O co zatem chodzi? O rentowność produkcji ropy w USA. Ostatnie dostępne dane pochodzą wprawdzie sprzed prawie pół wieku, ale na ich podstawie można dość dobrze wnioskować. Wtedy „wysoka opłacalność” wydobycia ropy zaczynała się przy cenie 70 USD za baryłkę. Teraz może być całkiem podobnie. Wprawdzie inflacja musiała się jakoś na ekonomice kosztu produkcji ropy odbić, ale zaistniały też czynniki redukujące koszty: automatyzacja procesów, cyfryzacja aż po sztuczną inteligencję. Wysoka cena ropy to raj dla właścicieli firm wydobywczych. Notują zyski netto nie na poziomie kilku, lecz kilkunastu (a może i 20+) procent ceny sprzedaży. A kimże owi „producenci ropy” są? Republikanami, mili Państwo, REPUBLIKANAMI! I będą Trumpowi dozgonnie wdzięczni za miliony/miliardy dolarów, które właśnie dodatkowo wpływają na ich konta. Proszę też pamiętać o bonusie: no przecież zniszczone irańskie instalacje petrochemiczne ktoś będzie musiał odbudować! I z całą pewnością będą to amerykańskie koncerny naftowe! To już wystarczająco dużo, by Republikanie widzieli bardzo bogaty budżet przyszłej kampanii prezydenckiej.
Niby mógłbym w tym miejscu przegląd amerykańskiej doktryny w polityce zagranicznej zakończyć, ale czy aby czegoś tu nie brakuje? Skoro „Europa miała być pozostawiona Europie” po co Woodrow Wilson doprowadził do udziału USA w Wielkiej Wojnie, jak nazywa się często I wojnę światową? Tu pojawia się słowo-klucz: bezpieczeństwo. Trwająca od 1913 roku interwencja amerykańska w Meksyku zakończyła się wprawdzie wycofaniem sił USArmy, ale wyniku nie można uznać za zwycięstwo. Niemcy też mieli tego świadomość. Chcąc uniemożliwić Stanom udział w europejskim konflikcie Niemcy zaczęli ryzykowną dyplomatyczną grę – Meksyk miał zaatakować USA w zamian za niemieckie technologie wojskowe, niemieckie inwestycje zbrojeniowe w Meksyku (właśnie brak własnej produkcji zbrojeniowe i uzależnienie od importu sprawiły, że Ameryka robiła w Meksyku, co chciała) no i niemieckie wsparcie oficerskie, które miało wesprzeć tak proces szkolenia meksykańskiej Armii jak i dowodzenie nią na polu walki. Oraz odzyskanie przez Meksyk ziem utraconych na rzecz USA w latach 1846-48. A chodziło o Teksas, Nowy Meksyk, Kalifornię, Utah, Newadę, Arizonę i Kolorado… Treść depeszy nadanej przez niemieckiego ministra spraw zagranicznych Artura Zimmermanna do niemieckiego ambasadora w Meksyku Heinricha von Eckardta została przechwycona i rozszyfrowana przez angielski wywiad, po czym trafiła na biurko Wilsona. Stany nie mogły sobie pozwolić na sojusz niemiecko-meksykański, gdyż poniosłyby przeogromne straty (ZAGROŻENIE DLA INTERESÓW) i straciły wielki majątek (ZAGROŻENIE DLA BEZPIECZEŃSTWA), zatem Wilson postanowił działać. Jak? Meksykanie mieli Amerykanów dość; otwarta wojna na tamtym terenie byłaby bardzo ciężka, więc wybrał nawet nie mniejsze zło, a łatwiejsze rozwiązanie – pokonać Niemcy! Bo Meksyk bez niemieckiego wsparcia sam z siebie zagrożenia nie stanowił.
A druga wojna czy raczej udział Amerykanów w jej europejskiej części? Wiemy, że to Rzesza Niemiecka wypowiedziała wojnę Stanom Zjednoczonych tuż po japońskim ataku na Pearl Harbor, tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń, z własnej woli i nieprzymuszonej inicjatywy. Niewymuszonej? A co z sowieckim planem zaatakowania Europy wiosną ’42-go roku? To nie była bajka; to były trzy pięciolatki sowieckich przygotowań do wojny. A może właśnie taki był plan „obrony Niemiec przed sowietyzacją”: wciągnąć Amerykę do wojny i sprawić, by to właśnie amerykańscy chłopcy opanowali Rzeszę? Bo bez Amerykanów wojska Zjednoczonego Królestwa nie byłyby w stanie dokonać inwazji na Francję i wygrać. Próbna inwazja pod Dieppe pokazała, że Niemcy są za mocni na Anglików; Amerykanie to jednak inna liga. I tylko oni byli w stanie powiedzieć Stalinowi: STOP!
Wcale nie mniej istotne jest pytanie, dlaczego w Casablance Roosevelt zmienił priorytety? Niemcy byli po drugiej stronie Atlantyku i jakoś szczególnie nie zagrażali amerykańskim interesom i Ameryce jako takiej, natomiast Japończycy pokazywali Amerykanom, co to znaczy dostawać cięgi. Logiczne by zatem było najpierw rozprawić się z Japończykami, a dopiero potem brać się za Niemców. Zresztą Churchill zdawał się być podobnego zdania.
A jeśli to Niemcy wpłynęły na Roosevelta, aby wpierw zajął się Europą? To by znaczyło, że musieli się jakoś dogadać. I że Niemcy mieli do zaoferowania coś, co Amerykanie uznali za „grę wartą świeczki”. Nie o wszystkim w „PAKCIE Z HITLEREM” napisałem – oto pierwszy z takich przykładów. Pod koniec 1939 roku profesorowie Carl von Weizsäcker i Fritz Houtermans opracowali i opatentowali procedurę uzyskiwania plutonu (Pu94) jako zapalnika do bomby uranowej. Rzecz, zdawałoby się, najtajniejsza z tajnych, a oni, w sierpniu 1940 roku, pojechali do Le Croissic, gdzie w laboratorium założonym przez Henri’ego Becquerela pracowali Frederic i Irena Joliot-Curie, znakomici atomiści i nobliści. Niemcy chcieli „przegadać po przyjacielsku” pomysł – w końcu wszyscy liczący się w Europie atomiści spotykali się przez lata w domu Becquerela niemalże do wybuchu wojny i dzielili się przemyśleniami albo wynikami badań. Czyżby Niemcy nie zdawali sobie sprawy z wagi swojego odkrycia? Wątpię – to właśnie Weizsäcker, podczas internowania niemieckich fizyków, zachęcał do gry w szachy czy brydża i rozmów o tych rozgrywkach, ale absolutnie nie o atomistyce. Rzecz była zatem pierwszorzędnej wagi a Niemcy zdawali sobie z tego sprawę. Irene Joliot-Curie też nie miała wątpliwości – pod koniec 1940 roku informacja trafiła do Brytyjczyków, a kilka miesięcy później – do Amerykanów. Każdy choćby i średnio uzdolniony atomista tamtej epoki, zapytany o znaczenie takiej informacji, odpowiedziałbym następująco: wzbogacony uran + pluton = bomba atomowa. To była jedna z informacji, która przyspieszyła faktyczne rozpoczęcie prac nad amerykańską bombą atomową. Wprawdzie Einstein twierdził, że Niemcy idą złą drogą, ale Fermi i Oppenheimer byli innego zdania. I czy ich opinie mogły mieć wpływ na Roosevelta?
Potencjalna bomba atomowa to jedno. Co takiego Niemcy mogli jeszcze mieć, aby dogadać się z Amerykanami? Sporo, proszę mi wierzyć, całkiem sporo. I o tym właśnie jest książka „PAKT Z HITLEREM”. Dodam jedynie, że nie tylko Amerykanie z nim pakowali. W Niemczech, zanim został kanclerzem, też był stroną paktu. Zapraszam do lektury i na osłodę dodam, że już od 22 kwietnia książkę będzie można kupić.
Pozdrawiam, Piotr H. „baron”