Home Książki i albumy Recenzja książki „ZLIKWIDOWAĆ!”

Recenzja książki „ZLIKWIDOWAĆ!”

przez historyk
0 komentarz

Znak HORYZONT

Kraków 2022

ISBN 978-83-240-7807-3

Wojciech Königsberg i Bartłomiej Szyprowski napisali potężną książkę, wręcz pracę naukową [obydwaj mają w tej dziedzinie bogate doświadczenie] o agentach Gestapo i NKWD w szeregach polskiego podziemia. Dokumenty źródłowe i bibliografia mają nadać naukową wartość tej pracy. W części „dokumentalnej” jest to istotnie literatura faktu spełniająca kryteria pracy naukowej, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zarazem jest to książka z gatunku „historii propagandowej”.

Zacznę od samego początku: Autorzy pozwalają sobie postawić tezę, że do wybuchu II wojny światowej by nie doszło, gdyby nie zawarcie paktu Ribbentrop – Mołotow. Czysta propaganda! To mniej więcej tak jakby napisać, że bez małżeństwa Mieszka z Dobrawą nie powstałaby dynastia Piastów!

Pakt Ribbentrop – Mołotow był konsekwencją uzgodnień, których już w 1922 roku w Rapallo dokonali niemiecki kanclerz Joseph Wirth i jego minister spraw zagranicznych Walter Rathenau z sowieckim Ludowym Komisarzem Spraw Zagranicznych Gieorgijem Cziczerinem. Niemcy i Sowieci byli zgodni szczególnie w jednym: należy dołożyć wszelkich starań, aby jak najszybciej zakończyć żywot „wersalskiego bękarta” [czyli Polski]. Nawet co do podziału Polski panowała względna zgoda. Już w okresie rządów Hitlera strony [minister spraw zagranicznych Rzeszy Konstantin Freiherr von Neurath ze strony Niemiec i jego odpowiednik Maksim Litwinow ze strony sowieckiej] uzgodniły, że Niemcy wezmą część etnicznie polską, natomiast Sowieci obszary ze znaczącym udziałem ludności rusińskiej, białoruskiej i ukraińskiej. Nocą z 23 na 24 sierpnia 1939 roku oznaczono na mapie „linię demarkacyjną” wpływów [czytaj: ziem zagarniętych przez] obu przyszłych agresorów.

Jakby się nie patrzeć, 23 sierpnia 1939 roku wojenne karty, przynajmniej po stronie niemieckiej, były już rozdane. Wehrmacht od 10 sierpnia zajmował pozycje wyjściowe do ataku na Polskę, który był zaplanowany na 26 sierpnia, ale właśnie z uwagi na „żądania terytorialne” Stalina [chciał Mazowsza – na wschód od Warszawy] niemiecki ordre de bataille musiał zostać nieco zmodyfikowany; dlatego atak został przesunięty na 1 września.

Porozumienie ze Stalinem nie warunkowało zatem, w żaden sposób, ataku Niemiec na Polskę. Hitler był pewien wyniku tego pierwszego kroku faktycznej wojny – był zresztą przekonywany przez najwyższych dowódców z Oberkommando der Wehrmacht, że to będzie przysłowiowa „bułka z masłem”. Opór Polaków miał trwać maksymalnie 3 tygodnie, dlatego już na połowę października zaplanowano realizację kolejnego kroku, operację „Weserübung” czyli atak Niemiec na Holandię, Luksemburg, Danię i Norwegię [zachęcam w tym miejscu do lektury mojej nowej książki „PAKT Z HITLEREM”, w której pojawiają się informacje o niemieckich planach wojennych].

Dlaczego zatem Hitler wysłał von Ribbentropa do Moskwy? Obawiał się, że bez porozumienia w sprawie podziału Polski, sowiecka armia mogłaby przystąpić do realizacji operacji „Cel Wisła”. Już bowiem w 1918 roku władze partii bolszewickiej postanowiły podjąć działania wojenne, mające na celu realizację wizji/teorii Karla Marxa, że zwycięstwo komunizmu na świecie musi opierać się o gospodarkę Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii [w II połowie XIX wieku były to największe mocarstwa ekonomiczne; USA były wówczas „ubogim krewnym”]. Bez przemysłu, bez silnej gospodarki rewolucja komunistyczna nie miała szans na objęcie swym zasięgiem całego świata, a taki był cel Marxa, Lenina, Stalina i Związku Sowieckiego ogółem.

Hitler, ba, całe niemieckie dowództwo wojskowe oraz dyplomaci doskonale wiedzieli, że XIV zjazd bolszewickiej partii w 1925 roku podjął uchwałę o wdrożeniu w życie idei marksistowsko-leninowskiej [czytaj: poniesienia rewolucji/komunizmu do Europy Zachodniej], a w 1927 roku XV zjazd bolszewików wyznaczył termin realizacji tego zadania [pod hasłem przyspieszonej socjalistycznej industrializacji ukryto plan budowy przemysłu metalurgicznego, elektrotechnicznego i zbrojeniowego]. Wiosną 1942 roku Armia Czerwona miała ruszyć na Zachód! Zatem i po stronie sowieckiej wybuch wojny był przesądzony, była określona niemalże data; Hitler jedynie uprzedził sowiecki atak [okoliczności powstania takiego planu wojny są niezwykle ciekawe – piszę o nich w „PAKCIE Z HITLEREM”].

Teraz chciałbym przejść ad meritum czyli do postaci niemieckich lub sowieckich agentów działających w polskim podziemiu. Autorzy wybrali siedmiu. Siedmiu, których działalność, rozpoznanie, osądzenie i egzekucja wymagała, ich zdaniem, przeprowadzenia szeroko zakrojonych prac badawczych i udokumentowania ustaleń. Zastanawia jednak, dlaczego w gronie „wybranych zdrajców” zabrakło tego, którego działalność przyniosła Armii Krajowej największe straty: Ludwika (vel Ludwiga) Kalksteina (używał później zniemczonej wersji nazwiska Kalckstein lub nawet von Kalckstein)? Człowieka wyszkolonego przez sowiecki wywiad GRU między październikiem 1939 roku a styczniem 1940-go, który działając w wywiadzie AK zbudował własną siatkę, odpowiedzialną za aresztowanie przez Niemców generała Stefana „Grota” Roweckiego, Komendanta Głównego Armii Krajowej i, jak się szacuje, ponad 500 oficerów z wywiadu Armii Krajowej i ich współpracowników.

Kalkstein, jego żona Blanka Kaczorowska i szwagier Eugeniusz Świerczewski zostali koniec końców zidentyfikowani jako agenci Gestapo. Świerczewski został w czerwcu 1944 roku ujęty przez grupę wykonawców wyroków śmierci i powieszony. Kalkstein i jego żona uniknęli kary – mieszkali w niedostępnej dla AK niemieckiej dzielnicy w Warszawie; ponadto on wstąpił do SS i zapewnił obojgu ochronę, przynajmniej do końca wojny. Po wojnie (i po rozwodzie) funkcjonowali przez kilka lat nierozpoznani. Gdy koniec końców zostali zidentyfikowani, aresztowani i postawieni przed sądem, nie wzięto pod uwagę kar śmierci orzeczonych przez sądy polskiego państwa podziemnego. Kalksteinowi orzeczoną karę dożywocia dość szybko skrócono do 12 lat; jego byłej żonie: do 5. Aż trudno uwierzyć, że Sowieci nie maczali w tym palców: zwykle przy oskarżeniu o zdradę orzekano karę śmierci, a wyrok dość szybko wykonywano. Jeszcze trudniej uwierzyć, że późniejsza praca obojga dla organów bezpieki (łącznie z agenturą na rzecz Departamentu I – wywiad i Departamentu II MSW – kontrwywiad) była przypadkiem. Obojgu umożliwiono całkiem przyzwoite funkcjonowanie, zapewniając warunki ekonomiczne raczej przypisane do wyższych funkcjonariuszy partii i służb mundurowych. Obojgu, po latach współpracy z bezpieką, umożliwiono wyjazd za żelazną kurtynę. Blanka przez ponad 30 lat mieszkała w Paryżu [ciekawe, z czego się tam utrzymywała?] i tam zmarła w 2002 roku, a „wolna i demokratyczna” Rzeczpospolita nie starała się uprzykrzyć jej życia; raczej wypłacano jej z tajnych funduszy wywiadu dość przyzwoitą emeryturę. Ludwik, już jako Edward Ciesielski [przyjął? otrzymał? tożsamość zmarłego w 1954 roku współuczestnika słynnej ucieczki z KL Auschwitz, której bohaterami i organizatorami byli rotmistrz Witold Pilecki i Jan Radziej]. Trudno przypuszczać, że za taką zmianą personaliów nie stało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i jego wywiad. W 1981 roku pojawił się w Monachium, gdzie pracował w bibliotece Polskiej Misji Katolickiej, z której korzystali pracownicy Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa. Zmarł w 1994 roku, także nie niepokojony choćby przez dziennikarzy. I też na niedostatek nie cierpiał.

W tym miejscu rodzi się pytanie: jak interpretować nieobecność tria Kalkstein – Kaczorowska – Świerczewski na łamach tej książki? Chyba jednak jako potwierdzenie mojej tezy, iż do końca życia Kalkstein z Kaczorowską byli na usługach polskiego wywiadu, zatem ich życiorysy powinny być nietykalne dla historyków z „naukowego nurtu”. PRL przestał wprawdzie istnieć w 1989 roku, ale „tajne służby” zadbały o to, by ich agenci, nawet emerytowani, mogli wieść spokojny i dostatni żywot.

Jak zatem ocenić książkę „ZLIKWIDOWAĆ! Agenci Gestapo i NKWD w szeregach polskiego podziemia”? Dość spore objętościowo czytadło, napisane językiem przypominającym akt oskarżenia, po prostu nudnym i nie porywającym czytelnika. Merytorycznie? Brakuje tej książce szerszego kontekstu: ilu agentów niemieckich czy sowieckich działało w polskim podziemiu, infiltrując struktury Armii Krajowej (w tym także organizacji, które później przekształciły się w AK) czy „organów politycznych” Polskiego Państwa Podziemnego. W konsekwencji nie ma także choćby szacunku, jak wielu takich agentów wykryto i ukarano. A to byłaby informacja dla czytelnika, jaka była skuteczność kontrwywiadu działającego na rzecz Polskiego Państwa Podziemnego. Dla mnie jest to, niestety, argument na rzecz tezy, że jest to książka z gatunku „historii propagandowej”. Agenci pracujący w czasie wojny na rzecz NKWD czy GRU po wojnie rozpoczynali nowy etap życia jako funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i „utrwalacze władzy ludowej”. Uniknęli, po upadku PRL, postawienia w stan oskarżenia o zbrodnie przeciw narodowi polskiemu [bo po drodze było ileś tam amnestii powodujących „przedawnienie sprawy”; część po prostu odeszła z tego świata z racji wieku czy chorób]. Ta akurat część zagadnienia została objęta „politycznym tabu” – nikt nie pokusił się o napisanie polskiego „Co u Pana słychać?”, jak to uczynił Krzysztof Kąkolewski w latach 70-tych ubiegłego wieku, gdy jeździł po Niemczech i rozmawiał z niemieckimi zbrodniarzami wojennymi, którzy za życia nie stanęli przed sądem [lub zostali uniewinnieni „z braku dowodu winy”], a swoje rozmowy zaczynał właśnie od pytania „Co u pana słychać?” Ten problem dotyczy zresztą także agentów pracujących dla Rzeszy – po wojnie bardzo często zmieniali „pana” i pracowali na rzecz Sowietów czy polskich służb (w końcu do czerwca 1941 roku współpraca „tajnych służb” Rzeszy i Związku Sowieckiego była wręcz normą!].

Z tej książki nie dowiemy się także, jak wielkie szkody spowodowała działalność obcych agentów ogółem; jak wielu żołnierzy Polski Podziemnej, działaczy politycznych czy nauczycieli oraz uczniów i studentów tajnych kompletów straciło przez nich życie. To jedynie opis siedmiu wybranych przypadków, o których nie możemy powiedzieć, czy były one typowe dla całości problemu czy były to przypadki z jakiegoś względu interesujące [bo zostali ukarani za zdradę], choć indywidualne [no właśnie; nie wiemy, jaki procent zdrajców został rozpoznany i ukarany! Nie możemy wręcz wykluczyć, że owo rozpoznanie i ukaranie dotyczyło względnie niewielkiej części obcych agentów działających w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego i na jego szkodę]. Reasumując: nie polecam. To opis wierzchołka góry lodowej, bez próby oceny całości.

Piotr H. „baron”

You may also like

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje doświadczenia. Zakładamy, że się z tym zgadzasz, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. OK Więcej

Polityka prywatności i plików cookie