Wielisławka i zagadka ZŁOTA WROCŁAWIA Herbert Klose Część IV

Autor: Piotr. H. Baron Data: 03 June 2018 16:38

Wielisławka i zagadka ZŁOTA WROCŁAWIA.

 

Odcinek 4

Uwikłanie

 

Przepraszam twórców filmu „Uwikłanie” za wykorzystanie ich tytułu, ale w sprawie złota czy skarbu Wrocławia jest tyle zbieżności z tym właśnie filmem, że zrezygnowałem z poszukiwania innego słowa. Mam nadzieję, że pamiętacie Państwo tamten film – „towarzystwo wzajemnych ubezpieczeń” stworzone przez byłych funkcjonariuszy różnych służb, szafy pełne „teczek z hakami” na wszystkich możliwych polityków różnych maści i pozycji? I bez skrupułów likwidujących ludzi z własnego środowiska, którzy w ten czy inny sposób mogą zagrażać bezpieczeństwu interesów organizacji?

 

Przyjmijmy, że Klose mówił prawdę. Na przełomie 1944 i 1945 roku z Wrocławia wyjechał mały, nieformalny konwój. Dwie lub trzy ciężarówki. Autostradą przez Złotoryję do Sędziszowej, gdzie po wojnie Klose zamieszkał i dalej na południe, ku Kotlinie Jeleniogórskiej, Górom Wałbrzyskim, Sowim... Dlaczego akurat tak? Jeśli Herbert Klose miał być „przystankiem” na drodze ewakuacyjnej, zasilaczem w żywność i biżuterię, za którą można było kupić dosłownie wszystko łącznie z wolnością czy życiem, to nie mógł być sam. Takie placówki musiały być zorganizowane co mniej więcej dwadzieścia, góra trzydzieści kilometrów. Pamiętajmy, wojna niebawem dobiegnie końca, cały ten obszar będzie kontrolowany przez Rosjan albo Polaków. Niemieccy mieszkańcy tych ziem albo sami uciekną albo zostaną wysiedleni. Ludzie, którzy będą przemykać się ku zachodowi, nie będą mieć do dyspozycji pociągów, samochodów czy choćby rowerów. Każda droga publiczna to system posterunków kontrolnych. Przy rogatkach większych miast i miasteczek, przy mostach, na ważniejszych skrzyżowaniach. Dla „uciekających a poszukiwanych” to niebezpieczeństwo zatrzymania, wylegitymowania i wykrycia „wroga”. Polskich czy sowieckich dokumentów podróżnych mieć nie będą, zatem wykryci i zatrzymani trafią przed oblicze śledczych NKWD. Jeśli należą do SS, zdradzi ich tatuaż z grupą krwi albo błyskawicami… Wiedzą o tym. Dlatego będą szli bezdrożami, lasami, unikając siedzib ludzkich. Nawet i najmniejszych wsi. Od punktu do punktu. Wiedzą, gdzie mają dotrzeć, gdzie zostawić znak. I czekać, aż ktoś do nich przyjdzie.

Zatem jest wielce prawdopodobne, że Klose dostał pod opiekę kilkadziesiąt, może sto albo i dwieście kilogramów złota w biżuterii i zamelinował się w tejże Sędziszowej. Reszta złota i ludzi pojechała gdzie indziej. Do innych miejscowości, do innych skrytek. Co kawałek przystanek, jedna osoba wysiada, bierze worek złota i znika? W to już łatwiej uwierzyć. Tylko jeśli w ten sposób „rozparcelowano” 7 ton złotej biżuterii to by znaczyło, że pomiędzy Wrocławiem a Kotliną Jeleniogórską zorganizowano kilkadziesiąt takich punktów. Tego pan Klose nigdy nie powiedział, ale w to akurat jestem w stanie uwierzyć.

W takim razie po co opowieści samego Klose o jakimś ukrywaniu skarbu gdzieś w Karkonoszach? I po co „potwierdzanie” przez byłych, bo już emerytowanych ludzi bezpieki bajeczek pana Klose?

 

No właśnie, kłania się „Uwikłanie”. Otóż miałem możliwość rozmawiania przed laty z ludźmi, którzy tuż po wojnie przybyli do Wałbrzycha czy w jego okolice i brali udział w walkach z Wehrwolfem. Wiele tych walk i oddziałów Wehrwolfu nie było, ale nie było też tak, że w ogóle. Rozmawiałem z tymi ludźmi tak normalnie, nieoficjalnie, gdyż część tych ludzi znałem z domu. Byli znajomymi moich rodziców, grywali razem w brydża, uczestniczyli w różnych popijawach, potańcówkach. Pokazałem im książeczkę z serii „z tygrysem” i spytałem o Wehrwolf, o tamte walki… Otóż większość z nich nawet nie chciała o tym mówić. Nawet byli oburzeni, że ktoś ujawnił rzeczy, co do których mimo upływu 30 lat od końca wojny obowiązywała tajemnica. Fakt, nie ukrywali, że przez Dolny Śląsk wiódł jeden ze szlaków ucieczki Niemców. Wehrwolf też miał tu aktywnie działać. Tak ich szkolono. A skoro było zagrożenie, należało z nim walczyć. Dlatego wojennym komendantem Wałbrzycha, tuż po zakończeniu wojny, został Paweł Batow. Generał Paweł Batow. Bohater Związku Radzieckiego. Człowiek, który wraz z Chruszczowem i Breżniewem dowodził obroną Małej Ziemi, kawałeczka Krymu, którego Niemcom nie udało się zająć. Był w sztabie marszałka Żukowa, gdy Sowieci opracowywali ostateczne natarcie na Stalingrad. I był jednym z autorów sowieckiej kontrofensywy pod Kurskiem. Dowodzona przez niego 65 Armia szturmowała Prusy Wschodnie i doszła przez Pomorze na Berlin. Człowiek, który pod koniec lat 40-tych miał stanąć za Żukowem, gdy Stalin wydał na swojego marszałka wyrok śmierci. Jeden z tych, którzy wynieśli do władzy i Chruszczowa i Breżniewa. W nagrodę będzie Szefem Sztabu Wojsk Układu Warszawskiego. Czyli w praktyce naczelnym dowódcą wszystkich komunistycznych armii w Europie. I to właśnie taki człowiek został komendantem wojennym Wałbrzycha, podczas gdy Wrocławiem rządzi pułkownik? Mało tego, Batow ma do dyspozycji potężne siły. W samym Książu stacjonuje kilkanaście tysięcy sowieckich żołnierzy, kilka tysięcy dalszych zajmuje dawny Grand Hotel w Szczawnie Zdroju oraz Zamek Czetryców w centrum Wałbrzycha. Dwie dywizje. Batowowi podlegają komendanci wojenni od Legnicy po Kłodzko i Jelenią Górę. I sowieccy dowódcy w Świdnicy, Jaworze czy Strzegomiu. Jaki zatem Wehrwolf, pytają mnie moi znajomi? Co mogła grupka kilkudziesięciu esesmanów zrobić przeciw takiej sile? W maju (1945) jest praktycznie po wszystkim. Poszły tyraliery z kilku kierunków naraz, wytrzebili szkopów. Jeńców NKWD brało do Szczawna, do podziemi Grand Hotelu. Fakt, tam Luftwaffe miało „placówkę badawczą”, w której przeprowadzano nieludzkie eksperymenty z zamrażaniem ludzi żywcem. I chyba by mnie nie zdziwiło, gdyby ludzie z NKWD wykorzystali tamte metody do wyciągnięcia zeznań z jeńców. Wiele się nie dowiedziałem, ale jedno utkwiło mi w pamięci – te sprawy były objęte ścisłą tajemnicą. Zresztą pada w którejś z rozmów hasło „złoto Wrocławia”. I znane dopiero od kilku lat hasło „złoty pociąg”. Skład około trzydziestu wagonów, który wyjechał z wrocławskiego Dworca Świebodzkiego w kierunku Sudetów i rozpłynął się… Jakieś sześćset, może siedemset ton a nie siedem, co przez lata wmawiali Herbert Klose z ludźmi z bezpieki do spółki.

O co zatem chodzi? Skąd takie mydlenie oczu?

Herbert Klose nie wiedział, gdzie ukryto „Złoto Wrocławia”. Nie miał z tym nic wspólnego. Coś tam może i widział, może i słyszał, ale był trzymany od tego z daleka. Dla niego był opracowany inny plan. Jak to mogło wyglądać?

Niemcy wiedzieli, że Armia Czerwona, jak już przekroczy linię Wisły, w ciągu dwóch, góra trzech tygodni dotrze pod Wrocław. Zatem na przełomie 1944 i 1945 roku Herbert Klose musiał znaleźć się w innym miejscu. Poza Wrocławiem. Tam, gdzie miał pełnić swoją służbę. Sędziszowa, dziura zabita dechami, czekała. Ale nie mógł tam trafić jako oficer Abwehry, funkcjonariusz Schutzpolizei (czyli oddziałów policyjnych SS), gestapowiec czy esesman – takiego typa robotnicy przymusowi z Polski natychmiast pokazaliby palcami każdemu sowieckiemu czy polskiemu patrolowi wojskowemu. Klose musiał tam trafić z dokładnie opracowaną historyjką i życiorysem. Też jako robotnik przymusowy. Tylko z racji zawodu (weterynarz) i pochodzenia (Ślązak spod Milicza) może trochę lepiej traktowany. Ale robotnik przymusowy. Za kilka miesięcy współwięźniowie potwierdzą. No robotnik przymusowy, tak jak my. Końmi dla leśników i zwierzętami gospodarskimi się opiekował, bo weterynarz. Opowieści współwięźniów będą jego dodatkowym alibi. I będzie mógł spokojnie zostać. Bo tam, pod Miliczem, domu nie miał, bliscy zmarli lub zniknęli w wojennej zawierusze, już zimą 45 nie otrzymywał odpowiedzi na listy. Nie ma ani do kogo ani do czego wracać. A tu domy puste, zwierzęta wymagające opieki, pola wymagające obrobienia… Potrzebny, bez dwóch zdań.

Ale to wszystko dla bezpieki nie ma w 1953 roku i później znaczenia. Wykryli, kim Klose jest. Wiedzą, że jest „kontaktem ewakuacyjnym”. Wiedzą, że ma złoto do dyspozycji. Ale wiedzą wiele więcej. Szkolenie takiego człowieka to nie jest kilkuminutowa pogaduszka. Trzeba przede wszystkim zmontować grupę. Ci ludzie będą przez kilka miesięcy odizolowani od świata. Będą razem mieszkać, będą mówić po polsku albo śląską gwarą. Będą też wymieniać się informacjami „o zwyczajach”. Bo ludowe tradycje to podstawa życia społecznego polskiej wsi. Trzeba wiedzieć, jak się świętuje pierwsze sianokosy, a jak zakończenie żniw, co to dożynki, a jak chrzciny, śluby, stypy. Co wypada, co nie. Bo Niemcy są nieco inni. Obłapywanie babskich tyłków to element ich kultury wiejskiej, w Polsce za coś takiego można było dostać w gębę. Albo nóż pod żebra. Poza tym tych kilka miesięcy będą na racjach żywnościowych dla robotników przymusowych. Muszą schudnąć, ba, wychudnąć, gęby muszą im się pomarszczyć. Muszą pracować fizycznie – przecież wiejski robotnik przymusowy nie może mieć wypielęgnowanych dłoni urzędnika. Więc pracują, uczą się wiejskiej roboty w stodole, oborze, stajni, uczą się obsługi snopowiązałki i innych urządzeń. Ale też i uczą się swojej nowej tożsamości. Gdzie był wcześniej? Może gdzieś w Prusach Wschodnich? W jakiejś takiej właśnie zabitej dziurami wiosce. Zabrali go, jak wszyscy przed Sowietami uciekali. Zna na pamięć zdjęcia tych kilkudziesięciu chałup we wsi, każdą z mieszkanek, ba, potrafi nawet powiedzieć, która ma ładne cycki, zgrabny tyłeczek czy długie nogi…

Pod koniec roku każdy z nich pojawi się w nowym miejscu. Wiedzą, że los robotnika przymusowego jakoś nie na długo. Sowieci przyjdą i będzie koniec nieludzkiej harówki. Gospodarz, bogaty bauer, ucieknie wcześniej. Zwieje przed Sowietami. Zresztą oni się do tego walnie przyczynią. Będą opowiadać, co tam czerwonoarmiejsce wyprawiali na Łotwie, w Estonii czy w Prusach. Bo przecież słyszeli od ludzi. Staruszków, dzieci. Bo kobiety to raczej milczały. Ale staruszki powiedziały, jak było. Przyszedł oddziałek zwiadowców, na noc we wsi stanął i wszystkie kobiety zgarnął. Całą noc się darły a rano to ledwie powłócząc nogami do domów wróciły. Nie wszystkie, bo niektóre nie przeżyły. A ile się z hańby powiesiło? Albo do przerębli wskoczyło? Strach mówić, panie, strach mówić!

Niemcy uciekną a oni, robotnicy przymusowi, zostaną.

Ludzie z bezpieki wiedzą, jak się takie grupy szkoli. Muszą się znać. Muszą mieć znaki rozpoznawcze. Masz jednego? Cierpliwości, innych też wyłapiesz. To znaczy „zaprosisz do współpracy”.

Popatrzmy bowiem na sprawę Klosego jeszcze z innej perspektywy. Wpada na wiosnę 1953. To znaczy tak mówią służby. Chociaż z niektórych materiałów wynika, że obserwowany to on był już wcześniej. Dlaczego zatem właśnie wtedy, wiosną 1953?

 

Odpowiedź w kolejnym odcinku.

 

Piotr. H. Baron

 


avatar
O autorze: Piotr. H. Baron

Autor książki "Die Ehrenmenschen. Ludzie Honoru". Znawca historii, szczególnie Śląska, a także człowiek, który miał okazję wielokrotnie rozmawiać z ludźmi, których większość z nas zna tylko z książek - jak choćby pułkownik Nicolaus Freiherr von Below, były adiutant Hitlera. Udowadnia, że niektóre tajemnice to nie kwestia II wojny, lecz czasów znacznie wcześniejszych. Podobnie jak niemieckiego nacjonalizmu, który obnaża bez pardonu. Kontakt z autorem za pośrednictwem jego autorskiej strony https://ludzie-honoru.jimdo.com

DODAJ KOMENTARZ

Imię i nazwisko:

Adres email:



Treść komentarza:

Komentarze (0)

OSTATNIO NA FORUM
PARTNERZY

STATYSTYKI
Użytkowników: 2311
Artykułów: 484
Komentarzy: 265