"Operacja Zamek" Odcinek XIII

Autor: Markiz Data: 21 January 2017 15:27

Odcinek XIII

Rozdział V

Dowódca Armii Krajowej generał brygady Stefan Paweł Rowecki, ps. „Grot”, „Rakoń”, „Grabica”, „Inżynier”, „Jan”, „Kalina”, „Tur” siedział przy małym biurku na którym stała tylko lampa i szklanka herbaty. Przeglądał właśnie dokumenty, kiedy do pokoju wszedł szef wywiadu pułkownik Zakrzewski.

- Dobrze że jesteś mam nowy raport od „Wasyla”. Kurwa jeśli to jest prawda to mamy tu w

Komendzie Głównej kupę bolszewickich agentów. Zobacz – mówiąc to podał pułkownikowi plik dokumentów.

Zakrzewski zaczął przeglądać stronę po stronie, po czym rzucił wszystko na biurko.

- Większość podejrzewałem od dawna, ale kilka nazwisk mnie zdziwiło. Jednak mam zaufanie do

tego Rosjanina, jest chyba jedynym o którym mogę tak powiedzieć. Ty chyba też?

- Tak ale..........to niemożliwe. Wasyl przesadza, albo wprowadza nas w błąd. To może być robota

NKWD oni.........

- Niemożliwe !!!!! Stefan do cholery jasnej, tu się aż roi od tych zdrajców. Już dawno Ci

mówiłem, że niektórzy z nich nie pracują dla Polski, ani dla Ciebie tylko dla tych barbarzyńców

ze wschodu. To już nie są żarty, przyjdzie moment że wydadzą Ciebie Niemcom – przerwał mu głośno Zakrzewski.

- Wiesz, że Wasyl nie pracuje ani dla pieniędzy, ani dla jakiejkolwiek korzyści. Znasz jego

historię równie dobrze jak ja.

Władimir Aleksiejewicz Kuzniecow, były białogwardyjski oficer przeszedł w 1920 roku do Armii Czerwonej, gdzie wykazał się w walkach ze swoimi byłymi kolegami, dowodząc kolejno szwadronem, pułkiem a później brygadą kawalerii. Był znakomitym dowódcą. Walczył na wielu frontach, był trzy razy ranny w tym dwa razy ciężko. Jego oddanie zostało docenione i w 1934 roku został oficerem NKWD w stopniu majora. Awansował bardzo szybko w hierarchii i wydawało się że jego kariera będzie się rozwijała, jednak na początku 1938 roku będąc już pułkownikiem, został na fali czystek aresztowany i zesłany do bardzo ciężkiego obozu pracy. Warunki jakie tam panowały: silne mrozy, śnieg, katorżnicza praca po 12 godzin na dworze powodowały ogromne spustoszenie wśród więźniów.

Nie było dnia żeby przynajmniej kilku z jego grupy nie umierało, czy to ze zmęczenia, czy z zimna. Oficer także słabł z dnia na dzień, aż w końcu dopadła go choroba. Był tak słaby że ledwie mógł pracować, a właściwie tylko udawał że coś robi. Któregoś dnia zemdlał na wieczornym apelu. Miał szczęście że to było na terenie obozu, gdyż w lesie po prostu by strażnicy go dobili strzałem w głowę.

100

Kiedy zaniesiono go do budynku szpitala, okazało się, że ma zapalenie płuc. Szpital to zbyt duże słowo. Był to mały domek w którym leżeli chorzy, w takim stanie, że już nie mogli pracować. Prowadził go Polak, Stefan Wiśniewski, lekarz, syn zesłańców którego jedyną winą było to, że jego dziadek walczył w powstaniu styczniowym. Jego ojciec, dwaj bracia a także większość krewnych została podczas wielkiej czystki wyłapana przez NKWD i osadzona w różnych obozach. Jak twierdzili rosyjscy oficerowie tacy jak on stanowili zagrożenie dla władzy ludowej. Teraz został czymś w rodzaju cudotwórcy, który miał leczyć chorych i rannych nie mając praktycznie żadnych leków. Mimo tego starał się jak mógł, a dzięki temu że już nie raz pomógł chorym strażnikom miał dość duża swobodę i mógł nawet chodzić sam do oddalonej o kilka kilometrów od obozu wsi. Tam znano go, bo leczył również tamtejszych mieszkańców. Czasami udawało mu się kupić coś do szpitala. Najważniejsze było jedzenie, bo to co dawano więźniom ledwie zaspokajało największy głód. Lekarz kupował, albo dostawał jajka, chleb, czasami nawet kawałek mięsa czy rybę. Wszystko to przynosił do szpitala i rozdzielał chorym. Głównie dzięki temu większość udawało mu się uratować. Niestety kiedy ktoś zachorował na jakąś poważna chorobę, albo został ciężko ranny i trzeba było prawdziwych leków nie było szans na pomoc.

Kiedy przyniesiono Władimira akurat było tylko trzech chorych, więc Stefan mógł się nim zająć. Kiedy patrzył na więźnia widział jak ten jest słaby i czuł, że najbliższe godziny zadecydują o wszystkim. Jedne co mógł zrobić to zbić bardzo wysoką temperaturę, która jego zdaniem przekraczała 40 stopni. Przyniósł wiadro zimnej wody i maczając w niej ręcznik przykładał go do głowy i na pierś chorego. Tylko tyle i aż tyle. Siedział przy nim tak długo, aż poczuł że temperatura spadła. Wyglądało na to, że mimo wszystko organizm zwalcza powoli chorobę.

Kilka dni później chory obudził się i poprosił o wodę. Widać było że jest bardzo słaby ale jak stwierdził lekarz będzie żył i wyzdrowieje. Przez następny tydzień było z dnia na dzień coraz lepiej. Wiezień odzyskiwał zdrowie i dzięki lepszemu jedzeniu także siły. Spokój i wystarczająca ilość pożywienia pozwoliły mu pokonać chorobę. Jednak kilka dni później do szpitala wszedł jeden z oficerów i widząc że pułkownik czuje się już lepiej kazał mu wracać do swojego baraku i do pracy. Na nic zdały się protesty lekarza, który twierdził że więzień jest jeszcze za słaby do całodziennej pracy. Kuzniecow znowu zaczął wychodzić razem z ludźmi do ciężkiej pracy w lesie przy wyrąbie drewna. Sama droga nieraz w metrowym śniegu zabierała im dwie godziny. Kiedy doszli zmarznięci musieli od razu brać się do pracy, mając do dyspozycji tylko ręczne piły, siekiery i do pomocy kilka chudych i słabych koni.

101

Czasami te zmarznięte na kość zwierzęta po prostu padały martwe i wtedy ludzie musieli sami łapać za liny i przeciągać olbrzymie drzewa jak najbliżej drogi, gdzie czekał prymitywny dźwig który ładował je na specjalne przyczepy. Praca ta była bardzo mecząca nawet dla zdrowych i silnych mężczyzn a co dopiero dla człowieka który był bardzo słaby po chorobie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Kuzniecow po kilku dniach ciężkiej pracy w temperaturze dochodzącej do – 30 stopni osłabł tak bardzo, że słaniał się na nogach. Kilka razy upadł, ale zdołał się podnieść nim dopadł go wartownik. Jednak widać było, że jego śmierć to już tylko kwestia czasu, a każdy przeżyty dzień mógłby ostatnim. Strażnicy nie zwracali uwagi na to czy ktoś jest chory, słaby czy coś mu dolega. Dopóki pracował nie czepiali się specjalnie, ale kiedy już nie mógł strzelali w głowę, nie chcąc żeby więźniowie targali chorego przez zaspy śniegu do obozu. Kuzniecow każdego ranka dziękował Bogu za to że się obudził, a każdego wieczora za przeżyty dzień. Jednak z każdym kolejnym był coraz słabszy.

Kiedy już pożegnał się z życiem wydarzył się cud. Został wezwany do komendanta obozu, gdzie dowiedział się, że został zrehabilitowany, przywrócono mu stopień i że jak tylko będzie mógł ma się zgłosić do zastępcy szefa NKWD Wsiewołoda Mierkułowa.

Władimir stał jak oniemiały. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jednak będzie żył , bo to że jest wolny dotarło później.

Jednak komendant nie od razu wydał mu dokumenty, nie chcąc żeby w takim stanie jechał ponad 2 tysiące kilometrów. Kazał mu zgłosić się do szpitala i tam przez tydzień nabrać sił. Oczywiście już nie krzyczał, ani nie wydawał rozkazów (miał tylko stopień majora, więc niższy od zrehabilitowanego oficera). Kuzniecow rzeczywiście był u kresu sił i dlatego z chęcią przystał na taką propozycje. Przez następne dni pomagał Polakowi w szpitalu, wychodził z nim do wsi i powoli nabierał sił. Wieczorami , kiedy strażnicy już spali siadali na przy małym stoliku i rozmawiali nieraz aż do rana. Pułkownik słuchał długich opowieści Stefana i sam także opowiadał o swoich przeżyciach. Można powiedzieć, że obaj więźniowie zaprzyjaźnili się. Wtedy właśnie słuchając ciekawych wspomnień Polaka o powstaniach, walkach z caratem i zsyłkach, podjął decyzję. Postanowił sobie, że zemści się na tych którzy go tu przysłali. Ostatniego dnia pobytu, gdy już był gotowy do drogi przyszedł pożegnać się z Wiśniewskim szepnął mu na ucho, że wyciągnie go z tego piekła.

Po tygodniu drogi przywrócony do życia pułkownik Władimir Aleksiejewicz Kuzniecow zameldował się u wice szefa NKWD generała Wsiewołoda Mierkułowa. Dostał przydział i zaczął pracować w II zarządzie kontrwywiadu gdzie objął stanowisko zastępcy szefa Piotra Fiodotowa.

102

Z początku pracował bardzo intensywnie siedząc po 16 godzin na dobę w biurze. Musiał pokazać, że jest godny zaufania, bo cały czas miał wrażenie, że jest obserwowany, a jego koledzy starali się rozmawiać z nim tylko na tematy służbowe. To było standardem, że ktoś kto wrócił z Gułagu mimo że był zrehabilitowany to nadal był tym do którego nie miało się zaufania na tyle, żeby z nim nawiązać normalne stosunki. Taki człowiek musiał pokazać, ze jest dalej komunistom i że jest oddany swojej pracy. Pułkownik wiedział o tym i dlatego starał się być zawsze z tyłu, nie angażował się w nic podejrzanego a pracę traktował jak swoje powołanie poświęcając dla niej wszystko. Dopiero po pół roku na początku 1939 roku mógł odetchnąć.

Nowy szef NKWD Ławrientij Beria wprowadził swoje porządki. Wielu oficerów zostało po cichu usuniętych, czyli po prostu zabitych, a inni dostali przydziały gdzieś na dalekiej północy. Po kilku miesiącach z jego dawnych współpracowników ostało się tylko kilku. Jego nikt nie ruszył pewnie dlatego, że jako były łagrowiec nie był ani człowiekiem Jagody, ani Jeżowa.

Kiedy na wiosnę 1939 roku objął stanowisko szefa II zarządu kontrwywiadu był już pewien, że ma zaufanie swoich szefów i wtedy postanowił wprowadzić w życie to, co sobie obiecał w obozie. Po pierwsze ściągnął do Moskwy doktora Stefana Wiśniewskiego, oferując mu pracę w jednym ze szpitali podległych NKWD. Było to trochę ryzykowne zagranie, ale pułkownik czuł się już na tyle mocny ze postanowił tak zrobić. Mało tego pojechał w mundurze przestawić dyrektorowi szpitala polskiego lekarza. Zrobiło to tak wielkie wrażenie, że raczej nikt Polakowi nie powinien nic złego zrobić. Co prawda został od razu uznany za szpiega NKWD, ale to w tej sytuacji był czymś akurat pożądanym, bo lekarzowi wszyscy łącznie z dyrekcją schodzili z drogi.

To była dość prosta sprawa, gorzej było z nawiązaniem współpracy w polskim wywiadem. Jednak tu Kuzniecow miał trochę szczęścia. W kwietniu 1939 roku do Moskwy przybyła delegacja polskiej armii. Pułkownik był wśród oficerów skierowanych do rozmów. Wizyta trwała 4 dni. Pierwsze dwa upłynęły pod znakiem spotkań, rozmów a potem zawieziono Polaków na znajdujący się niedaleko Moskwy poligon. Dopiero trzeciego dnia wieczorem w zarekwirowanym przez NKWD dawnym pałacyku książąt Ostrowskich pod Moskwą, urządzono dla oficerów kolację jak zwykle z dużą ilością alkoholu.

Kiedy atmosfera się rozluźniła Kuzniecow podszedł do majora Wincentego Stanickiego, którego poznał już wcześniej. Pułkownik wiedział że ten polski oficer pracuje w II Oddziale Sztabu generalnego w referacie „Wschód”, który zajmował się szpiegostwem na terenie Rosji. Zaproponował mu przechadzkę po otaczającym pałac parku. Prowadził go w znane sobie miejsce, na środek dużego placu gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać.

103

Zaczął opowiadać o swoim pobycie w Gułagu, o polskim lekarzu, który uratował mu życie. W jego głosie czuć było wielki żal do władzy bolszewickiej. Widać było że ten oficer który najlepsze swoje lata oddał komunistom teraz czuje się oszukany i ma żal do swoich przełożonych o bezpodstawne aresztowanie i pobyt w piekle Gułagu.

Stanicki jako wytrawny oficer wywiadu od razu to wyczuł, choć oczywiście nie wykluczył prowokacji. Słuchał pułkownika i nie przerywał czekając do czego ten zmierza. Po kilku minutach Kuzniecow powiedział, że chciałby się odwdzięczyć Polsce i Polakom, twierdząc że obiecał to sobie kiedy leżał ciężko chory w Gułagu, a jedynym człowiekiem któremu na nim zależało był Polak. Stanicki przez kilka minut milczał, bojąc się prowokacji, jednak czuł że Rosjanin mówi prawdę. Nie chciał jednak dać tego poznać po sobie. W końcu zapytał wprost czy Kuzniecow jest zdecydowany współpracować z polskim wywiadem i czego oczekuje w zamian. Pułkownik potwierdził i dodał że nie chce nic w zamian, bo robi to tylko dlatego żeby zemścić się na tych którzy o mało nie pozbawili go życia. Jego słowa wypowiadane spokojnym można wręcz powiedzieć bardzo spokojnym głosem świadczyły o tym, że musiał tą decyzje podjąć już dawno. To nie była spontaniczna wypowiedź tylko starannie przemyślana decyzja.

Major patrzył w oczy rosyjskiego oficera i widział w nich taką determinację, że gotów był w to wszystko uwierzyć. Kiedy słuchał analizował na spokojnie słowa pułkownika, próbując w nich znaleźne coś co by wskazywało na nie szczere intencje, ale niczego takiego nie znalazł. Musiał uczciwie przyznać, że jeśli to prowokacja to jego rozmówca jest mistrzem w swoim fachu. Stanicki był oficerem wywiadu już od dziesięciu lat i z których ostatnie sześć zajmując się wywiadem wschodnim głównie wymierzonym przeciwko ZSRR.

Dzięki temu miał spore doświadczenie w rozmowach tak z obcymi agentami, jak i z tymi którzy pracowali w obie strony, a także z tymi którzy oferowali swoje usługi każdemu kto był gotów za nie zapłacić. Major wiedział że mimo wszystko, to właśnie pieniądze były głównym powodem zdrady. Polski wywiad miał kilku agentów którzy czy to grali hazardowo, czy tez mieli drogie kochanki i decydowali się na współpracę licząc na duże gratyfikacje. Czasami trafiali się tak zwani ideowcy ale z nimi trzeba było najbardziej uważać, gdyż byli to ludzie którzy bardzo często albo nienawidzili system w którym żyli, albo chcieli się na kimś zemścić. Dla takich oficerów jak major Stanicki agenci którzy potrafili dla idei pracować dla obcego państwa zawsze byli zagadką, bo on jakoś nie potrafił zrozumieć jak można zdradzić swoją ojczyznę. Z drugiej strony wiedział o czystkach czy to w Armii Czerwonej czy też choćby w NKWD. Wielu znanych mu oficerów albo przepadło bez wieści, albo zostało wysłanych na daleką północ z wieloletnimi wyrokami.

104

Wśród nich był także Kuzniecow, który nagle w styczniu 1938 roku zniknął.

Pułkownik był jednym z nich, ale miał to szczęście, że ktoś się postarał wyciągnąć go z obozu puki jeszcze żył. Jego opowieść była dość charakterystyczna, słyszał już takie kilka razy. Kreml chyba zdał sobie sprawę że czystkami tak bardzo osłabił armie i służby że zdolność bojowa wojska spadła na samo dno. Z tego powodu od końca 1938 roku zaczęto rehabilitować coraz więcej tych którzy jeszcze żyli i przywracać do starych jednostek, albo nawet awansować i kierować do nowo tworzonych brygad, dywizji czy korpusów. Z tego powodu opowieść pułkownika była całkowicie sensowna, co wcale nie oznaczało, że nie była to prowokacja.

Problem polegał na tym, że oferta współpracy tak wysoko postawionego oficera jest czymś o czym marzy każdy oficer wywiadu. Jednak zdarza się to bardzo rzadko i zawsze wymaga zweryfikowania, oczywiście jeśli jest to możliwe. Co do Kuzniecowa sprawa była o tyle prosta, że rzeczywiście był w Gułagu, a lekarz jak mówił pracuje w Moskwie. Wystarczyło go zapytać. Stanicki wiedział ze to wymaga przynajmniej tygodnia, ale postanowił zaryzykować ufny w swoją intuicje która podpowiadała mu że to nie jest prowokacja. Nie zastanawiał się dłużej i wyraził zgodę. Pułkownik jakby spodziewał się takiej reakcji bo od razu zaproponował jako łącznika majora Woroblowa, który pracował w ambasadzie rosyjskiej w Warszawie. Nie czekając na pytanie dodał, że wyciągnął tego oficera z jeszcze gorszego miejsca niż ten w którym sam przebywał. Major był do tego wnukiem polskich zesłańców i nigdy nie krył sympatii dla Polaków. To było zresztą powodem jego aresztowania.

Stadnicki podziękował za ofertę i panowie się rozeszli. Jednak mimo zastrzeżeń majora okazało się że Kuzniecow rzeczywiście pragnie pomóc Polakom, przekazując mnóstwo informacji tak wojskowych jak również z działań NKWD. Niestety w lipcu 1939 roku pułkownik dostał zawału serca i ledwie żywy został przewieziony do szpitala. Udało się go uratować, ale przez dwa miesiące przebywał w szpitalu całkowicie odsunięty od tego co się dziełąo w NKWD. Z tego powodu nie mógł ostrzec Polaków przed paktem Ribbentrop – Mołotow , a szczególnie tajnym dodatkiem mówiącym o rozbiorze Polski. Kiedy wrócił do służby we wrześniu 1939 roku było już za późno na cokolwiek. Jednak mimo tego odezwał się już w 1940 roku wprost do szefa ZWZ Michała Tokarzewskiego, proponując dalszą współprace. Generał zgodził się a później, kiedy powstała Armia Krajowa, przekazał tego cennego agenta mianowanemu na stanowisko Komendanta Głównego generałowi brygady Stefanowi Roweckiemu.

                                                                                                                                                                                              Ireneusz Piątek

 

 

 

 

 

 

 

 

 


avatar
O autorze: Markiz

Jego pasją jest historia, a szczególnie okres II wojny światowej. Ma 49 lat. Z wykształcenia jest politologiem. Mieszka pod Poznaniem. Od lat pisze artykuły, recenzje, biografie, testy, starając się przekazać swoją wiedzę na temat tego strasznego konfliktu i dziedzictwa który po sobie pozostawił. 

DODAJ KOMENTARZ

Imię i nazwisko:

Adres email:


Tysiąc dodać jeden? (odpowiedź liczbowa)


Treść komentarza:

Komentarze (1)

Andrzej
28 January 2017 09:52

Super! Czekamy na więcej!

OSTATNIO NA FORUM
Tworzenie się Europy
20 Lipiec 2017, 23:58
W-Kongresówka?
20 Lipiec 2017, 18:01
Galicja, Sokół i rozmaitości
18 Lipiec 2017, 00:58
Marzec 1968
17 Lipiec 2017, 13:35
PARTNERZY

STATYSTYKI
Użytkowników: 1261
Artykułów: 446
Komentarzy: 209

forum webmasterskie, tworzenie stron www, forum webdesign