Operacja Torch

Autor: Andrzej1993 Data: 16 September 2018 08:59

Afrykańska pochodnia

Lądowanie Aliantów w Afryce Północnej w listopadzie 1942 r. było przełomowym wydarzeniem podczas II Wojny Światowej. Był to bowiem pierwszy desant na wielką skalę po tej stronie globu, który w dużym stopniu zmienił bieg wojny. Właśnie minęła jego 75. rocznica.


Czy pamiętają Państwo film „Casablanca” w reżyserii Michaela Curtiza, gdzie główne role zagrali Humphrey Bogart i Ingrid Bergman? Film o miłości w czasach wojny w kontrolowanym przez Vichy Maroku? Z pewnością! Ten – moim skromnym zdaniem – raczej przeciętny film o tandetnej, naiwnej fabule, z bardzo płytką wizją okupacji jest uznawany dzisiaj za klasyk kina. Premiera filmu zbiegła się w czasie z lądowaniem Aliantów w Afryce Północnej.


Wielka Brytania samotnie stawiała czoła niemieckiej machinie wojennej od 1940 roku na Zachodzie. Siły sojusznicze były niewielkie i miały bardziej wartość propagandową, aniżeli stanowiły realne zagrożenie. Z tego też powodu Brytyjczycy ograniczyli się głównie do zwalczania niemieckiej floty podwodnej i lotnictwa. Z jednym tylko wyjątkiem: kampanią afrykańską, gdzie stawiali duży opór nieubłaganie prącemu ku Aleksandrii słynnemu „Lisowi Pustyni” - generałowi Erwinowi Rommlowi. Jednak jeszcze jedna kwestia niepokoiła Brytyjczyków – Francja Vichy.


Kulisów operacji „Torch” należy szukać już w końcówce czerwca 1940 roku. Gdy trwały jeszcze zacięte walki we Francji, premier Paul Reynaud podał się do dymisji w nocy z 17 na 18 czerwca. Zastąpił go na tym stanowisku marszałek Philippe Petain – sławny na cały świat bohater I WŚ i obrońca Verdun, autor słynnego hasła: „Nie przejdą!”. Sędziwy oficer nakazał – wobec postępów niemieckich oraz niechęci francuskiego społeczeństwa - przerwać walkę i rozpocząć pertraktacje z Niemcami i Włochami. Zakończono je cztery dni później, podpisując rozejm w Compiegne, dokładnie w tym samym wagonie, w którym Niemcy zrobiły to 11 listopada 1918 roku. Na mocy tego rozejmu część Francji miała pozostać nieokupowana, pod nominalnym zarządem francuskiego rządu. Tak narodziła się Francja Vichy. Państwo to kontrolowało południową część metropolitalnej Francji i wchodzącą w jej skład Algierią, oraz sporą część kolonii francuskich, wliczając w to Maroko i Indochiny. Mimo iż było to państwo zależne od Niemiec, to – wbrew propagandzie – nigdy nie brało udziału w wojnie po stronie Państw Osi i pozostało neutralne aż do końca swojego istnienia. W odróżnieniu od tzw. „Wolnych Francuzów”, walczących po stronie Aliantów, Francja Vichy cieszyła się uznaniem na arenie międzynarodowej (jej rząd był uznawany m.in. przez USA i polski rząd emigracyjny). Ze względu na niemiecki dyktat, Francja Vichy dysponowała relatywnie niewielką armią. Składała się ona z liczącej 100 tysięcy żołnierzy armii metropolitalnej, pozbawionych broni pancernej i ciężkiej artylerii, oraz dwukrotnie większej armii kolonialnej, strzegącej olbrzymich terytoriów zamorskich, która dla odmiany była dość silna i posiadała m.in. lotnictwo, siły pancerne oraz silną artylerię, zwłaszcza nadbrzeżną. Najsilniejsza była flota i to ona spędzała sen z oczu Brytyjczykom – obawiano się, że okręty przejmą Niemcy i wykorzystają w wojnie przeciw Aliantom. A nie było tego mało. Francja Vichy dysponowała czterema nowoczesnymi pancernikami – dwoma typu „Richelieu” i dwoma nieco mniejszymi typu ''Dunkerque”, pięcioma starym pancernikami, osiemnastoma krążownikami i 60 niszczycielami. Obawy pogłębiały też kontrolowane przez Vichy terytoria w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Mimo usilnych starań Brytyjczyków, udało się przejąć zaledwie część francuskiej floty i przekazać ją albo neutralnym wówczas Stanom Zjednoczonym, albo flocie „Wolnych Francuzów”. Większość francuskiej Marine Nationale pozostała w rękach rządu Vichy. W związku z tym, kolejne dwa lata to okres walk brytyjsko-francuskich, rozpoczętych operacją „Catapult” i atakiem Royal Navy na francuskie okręty bazujące w Mers-el-Kebir w Algierii. Od 3 do 8 lipca 1940 r. Brytyjczycy unieszkodliwili francuską flotę, niszcząc jeden pancernik i ciężko uszkadzając dwa dalsze. Zginęło i zostało rannych ponad 1500 francuskich marynarzy. Ponadto, w portach brytyjskich przejęto siłą bazujące tam okręty francuskie. Niedługo później – bo we wrześniu 1940 r. - Brytyjczycy próbowali opanować Dakar w ramach operacji „Menace”, ale tym razem Francuzi nie dali się zaskoczyć i odparli agresorów. Trwały też zmagania na lądzie – Brytyjczycy opanowali Syrię, pokonując francuską Armię Lewantu wiosną 1941 r., a rok później dokonali desantu na kontrolowany przez armię Vichy Madagaskar.


Wobec niemieckich postępów w Egipcie i Związku Radzieckim zmieniono strategię prowadzenia wojny. Zmianę wzmocniło włączenie się USA do wojny i rozpoczęcie przerzutu wojsk amerykańskich do Europy. Wobec pogarszającej się sytuacji w Europie wiosną 1942 r., amerykańscy planiści wysunęli pierwsze koncepcje desantów we Francji, by odciążyć walczącą na wschodzie radziecką Armię Czerwoną. Plany te spotkały się z krytyką. Brytyjscy planiści zdawali sobie sprawę, jak bardzo niedopracowane są te plany. Wskazywali Amerykanom na ich nieznajomość realiów pola walki i brak doświadczenia bojowego. Ponadto, powolność w organizowaniu amerykańskiej armii uniemożliwiała przeprowadzenie desantu we Francji w tak krótkim czasie. Brytyjczycy – w osobie Winstona Churchilla – zwracali natomiast uwagę na jedyny lądowy front, gdzie toczono zmagania z Niemcami – na Afrykę. Wojska niemiecko-włoskie parły ku Aleksandrii i wiosną 1942 roku wydawało się, że mogą dotrzeć do Kanału Sueskiego, a następnie na Bliski Wschód, całkowicie wyrzucając Brytyjczyków z basenu Morza Śródziemnego. A to dałoby Niemcom dostęp do terenów roponośnych na Bliskim Wschodzie. Argumenty te przemówiły do rozsądku sceptycznym Amerykanom i zdecydowano się lądować w Afryce. Jako miejsce operacji wybrano Algierię i Maroko, należące wówczas do Francji Vichy.



Zapalenie „Pochodni”

Algieria należała do Francji od 1830 roku, kiedy to została podbita przez francuską armię. W 1848 roku została włączona w skład metropolitalnej Francji i pozostawała jej integralną częścią, a nie kolonią. Obowiązywało w niej – przynajmniej częściowo – francuskie prawodawstwo, a kraj podzielono na trzy departamenty.


Inne były losy Maroka, stanowiącego francuski protektorat. Po kryzysie marokańskim, 1912 roku na mocy traktatu feskiego sułtan Maroka zrzekł się suwerenności swojego kraju na rzecz Francji.
Terytoria te bardzo rozległe, w sporej części pustynne, lub górzyste, o słabo rozwiniętej komunikacji. Większość z blisko 17 milionów mieszkańców stanowili rdzenni mieszkańcy, czyli Arabowie i Berberowie. Najważniejsze ośrodki stanowiły miasta portowe – w Maroko była to Casablanca, zaś w Algierii – Oran i Algier. Obie kolonie były zarządzane przez gubernatorów: Marokiem zarządzał generał Charles Nogues, a Algierią Yves-Charles Chatel.


Ze względu na przystąpienie Amerykanów do akcji, pierwotnie całkowicie brytyjską operację „Gymnast” mocno rozbudowano, przekształcając ją ostatecznie w operację „Torch”. W celu opracowania planu operacji stworzono wspólny sztab planistyczny. Zgodnie z postanowieniami sojuszniczymi, dowództwo operacji spoczywało w rękach amerykańskich. Ci zaś cały czas nie byli zbyt przekonani do planu. W amerykańskich akademiach wojskowych od czasów wojny secesyjnej uczono, że jedynym sposobem na zwycięstwo są koncentryczne ataki, a nie rozdrabnianie sił na wiele celów. Początkowo zaplanowano desant w samej Algierii, ale sprzeciwili się temu Brytyjczycy ze względu na zbyt duże oddalenie od Gibraltaru, który miał zapewniać osłonę z powietrza. Operację rozszerzono zatem także o Maroko. Celem zasadniczym operacji „Torch” było opanowanie całej Afryki Północnej – od Maroka po Egipt. W pierwszej kolejności należało zająć Algierię i Maroko, a następnie jak najszybciej skierować się w stronę Tunezji i zająć ją, a następnie doprowadzić do zniszczenia sił włosko-niemieckich w Libii.


Operacja przedstawiała się imponująco. Lądować miało 70 tysięcy żołnierzy – główną siłę mieli stanowić Amerykanie. Był to wybieg, mający ograniczyć rozlew krwi. Planiści bowiem zakładali, że Amerykanie, uznający oficjalnie rząd Vichy, będą bardziej tolerowani, aniżeli Brytyjczycy. Ci ostatni zresztą byli w bardzo wrogich stosunkach z Vichy po zatopieniu francuskiej floty w Mers-el-Kebir i zajęciu Madagaskaru. Siły lądowe podzielono na trzy mieszane zespoły: Zachodni, Centralny i Wschodni.


Zachodni zespół bojowy, siłami trzech amerykańskich dywizji – 3. i 9. Dywizje Piechoty, 2. Dywizja Pancerna – miał lądować w trzech punktach atlantyckiego wybrzeża Maroka – pod Fedalą, Safi i Mehdią. Siły liczyły 35 tysięcy żołnierzy i 250 czołgów. Transport i wsparcie z morza zapewniał amerykański zespół Task Force 34, który wypłynął z portów w USA  Złożony był z pięciu lotniskowców, trzech pancerników, sześciu krążowników i 90 innych okrętów. Zespołem dowodził gen. George Patton. Siły te nie lądowały bezpośrednio w Casablance, ponieważ stanowiła ona bazę marynarki francuskiej i była zbyt silnie umocniona – zdecydowano się zatem wysadzić desanty wokół miasta.


Centralny zespół bojowy, dowodzony przez gen. Lloyda Fredendalla, składał się z dwóch amerykańskich dywizji: 1. DP i 1. DPanc., liczących łącznie 39 tys. żołnierzy i 120 czołgów. Transport i wsparcie z morza  należało do Brytyjczyków, którzy siłami trzech lotniskowców, pancernika, dwóch krążowników oraz 103 innych okrętów wyruszyli z Wlk. Brytanii.  Celem zespołu był desant w rejonie Oranu w Algierii.


Wschodni zespół bojowy, dowodzony przez gen. Kennetha Andersona, składał się z brytyjskiej 78. DP i amerykańskiej 34. DP, wspartej jednym pułkiem z 9. DP.  Siły te liczyły 33 tys. żołnierzy i 80 czołgów, a ich celem był Algier. Transport morski i eskortę także i tu zapewniali Brytyjczycy siłami czterech lotniskowców, trzech pancerników, czterech krążowników i 84 innych okrętów.
Ponadto, opracowano także plany dodatkowe: operacje „Reservist” i „Terminal” mające na celu bezpośrednie opanowanie portów w Oranie i Algierze za pomocą przeszkolonych jednostek komandosów i techników portowych, oraz zabezpieczenie ich przed zniszczeniem. Był to jeden z najważniejszych celów operacji. Kolejną operacją była „Villain”, czyli zrzut amerykańskiego 509. batalionu spadochronowego na lotniska La Senia i Tarafarou.


Siły morskie należały głównie do Royal Navy – 2/3 okrętów było brytyjskich, pozostałe należały do US Navy. Dowódcą komponentu morskiego został brytyjski admirał Andrew Cunningham, z kolei lotnictwem miał dowodzić sławny pułkownik James Doolittle, dowódca pierwszej wyprawy bombowej na Tokio.


Operacja wzbudzała liczne obawy planistów. Najważniejszą z nich była niepewność, jak zachowają się oddziały Vichy wobec wkraczających Amerykanów. Siły francuskie w Algierii i Maroku liczyły wówczas około 60 tysięcy żołnierzy w siedmiu dywizjach oraz kilku pomniejszych jednostkach. Jednostki były głównie forteczne, złożone przeważnie z Marokańczyków, Algierczyków i Senegalczyków, chociaż część jednostek – głównie specjalistycznych – składała się z Francuzów. Francuzów wspierało około 200 czołgów, w większości przestarzałych, i 180 samolotów bojowych. Największe obawy wzbudzała francuska artyleria nadbrzeżna – a tej nie było mało. Samego Oranu strzegło 45 dział, z czego 11 w kalibrze powyżej 120 mm. Na dokładkę, Francuzi w Afryce dysponowali silną flotą – w Casablance stacjonował pancernik „Jean Bart”, co prawda nieukończony,  ale jego jedyna sprawna wieża miała cztery działa kal. 380 mm. Ponadto posiadali 21 innych okrętów.


Siły te nie były tak liczne, by zniszczyć lądujących, ale mogły skutecznie zablokować lądowanie, a nawet – przy odrobinie szczęścia i wsparciu jednostek niemiecko-włoskich oraz wysłanych z metropolii – zepchnąć atakujących do morza. Taki obrót spraw byłby bardzo niebezpieczny dla Aliantów, bo otrzymaliby kolejnego przeciwnika w postaci Vichy, a pokonanie Niemców w Afryce stanęłoby pod znakiem zapytania. 


Alianci wiedzieli jednak, że wśród francuskich oficerów nie ma jednomyślności, co do ich udziału w wojnie. Na terenie kolonii francuskich działały prężnie dwie siatki wywiadowcze. Pierwsza była kierowana przez amerykańskiego konsula w Algierze, Roberta Murphy'ego, która zdołała skontaktować się m.in. z dowódcą sił zbrojnych w Algierii generałem Charlesem Mastem. Murphy zorganizował także spotkanie z francuskimi oficerami, a przybyłym potajemnie do Algierii  generałem Markiem Clarkiem i grupą alianckich oficerów 22 października 1942 r. Francuscy oficerowie obiecali wywołać rebelię na terenie Vichy, jednak żądali pomocy ze strony Aliantów, jak i uznania ich przywódcy, gen. Henri Girauda, za dowódcę wszystkich sił zbrojnych w Afryce Północnej. Henri Giraud był już wówczas otoczony estymą zasłużonego bohatera – walczył w I WŚ i został wzięty do niewoli, po czym uciekł do kraju. W 1940 r. dowodził 7. Armią w Ardenach i stawiał opór Niemcom przez 10 dni, kiedy jego samochód wpadł w zasadzkę. Został ponownie wzięty do niewoli, ale niepoprawny oficer ponownie z niej uciekł! Dotarł do marszałka Petaina i starał się go przekonać do walki z Niemcami. Mimo że jego poglądy zostały odrzucone, rząd Vichy odmówił wydania zbiega Niemcom.


Amerykanie nie chcieli niczego obiecać z góry, zwłaszcza, że obawiali się zdradzenia bliskiego terminu inwazji. W dodatku nie było tajemnicą, że Giraud i de Gaulle szczerze się nienawidzili, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Sam przybyły do Afryki Giraud odmówił jakichkolwiek negocjacji, dopóki nie otrzyma konkretnych gwarancji, mimo że autorytet, którym się cieszył, z pewnością wpłynąłby na żołnierzy. Zdecydował się jednak, jak sam określił, „pozostać widzem na tym spektaklu”. Mimo to, ustalono, że dojdzie do rebelii, a główną rolę mają odegrać żydowscy bojownicy z tzw. grupy „Geo Gras”, którzy mieli za zadanie opanować kluczowe budynki, aresztować dygnitarzy i utrzymać się do przybycia Aliantów. Amerykanie zlekceważyli jednak kontakt z dowództwem francuskiej marynarki wojennej, które dobrze pamiętało zbrodniczy atak w Mers-el-Kebir. W rezultacie, działania francuskich spiskowców i Aliantów okazały się bardzo nieskoordynowane.

Drugą, znacznie większą i poważniejszą siatką, o wdzięcznej nazwie „Agencja Afryka” kierował polski oficer, major Mieczysław Słowikowski ps. „Rygor”. Była to nielegalna ekspozytura polskiego wywiadu, założona w 1941 r. „Rygor”, który do tej pory zajmował się przerzutem polskich żołnierzy do Wlk. Brytanii, po przybyciu na miejsce założył fabrykę płatków owsianych, która cieszyła się dużą popularnością i zasięgiem objęła całą Algierię. Fabryka była oczywiście tylko przykrywką dla działalności wywiadowczej, która wkrótce objęła zasięgiem kilka tysięcy osób. Agentów rekrutowano spośród Polaków, Arabów i Francuzów, zwłaszcza urzędników Vichy, przy czym większość nie była świadoma współpracy z obcym wywiadem. Zakazano również rekrutacji kobiet, ponieważ Słowikowski uważał, że zbyt łatwo dają się ponieść emocjom. Starano się nie współpracować z Francuzami, o których wiedziano, że popierają de Gaulle'a, bo groziło to dekonspiracją. „Agencja Afryka” jest oceniana jako jedna z najlepszych i najskuteczniejszych siatek wywiadowczych w historii. Polskie raporty jednoznacznie stwierdzały, że Francuzi będą stawiali opór siłom inwazyjnym. Informacje te niestety zlekceważono, co odbiło się poważnymi konsekwencjami podczas lądowania.


Starano się także dopracować kwestie psychologiczne. Amerykańskim żołnierzom wydano opaski identyfikacyjne, okręty – nawet brytyjskie - miały wywiesić duże bandery USA, zaś spece od propagandy mieli przemawiać z mostków przez megafony i po francusku nawoływać do zaniechania oporu. Dla żołnierzy opracowano specjalne informatory, oraz pouczono ich, by nie traktowali Francuzów jak wrogów. Wiedza Amerykanów na temat Francji, a co dopiero francuskich kolonii, była cokolwiek uboga, dlatego też zadbano o wprowadzenie w temat, a mapy i przewodniki ściągano z całych Stanów. 


Konwoje zaczęły wypływać z portów 22 października, osobno, by nie wzbudzać podejrzeń. Bardzo obawiano się tego, że Niemcy dostrzegą siły inwazyjne i zdążą zaatakować. Kilka U-Bootów dostrzegło konwoje, ale albo zostały zatopione, albo ich meldunki zbagatelizowano. Uznano, że są to kolejne konwoje płynące na Maltę. Uwagę Niemców bowiem przykuł słabo chroniony konwój SL-125. Ten, idący z Freetown do Wlk. Brytanii, został zdziesiątkowany, tracąc 12 statków w wyniku ataków U-Bootów. Uważa się, że był on przynętą dla Kriegsmarine i wypuszczono go celowo pod torpedy Niemców. Komodor konwoju stwierdził później: „po raz pierwszy Admiralicja pogratulowała mi utraty takiej ilości statków…”


Nie znaczy to, że Niemcy nie liczyli się z desantem, jednak uważali, że nastąpi on na Sycylii, a nie w Afryce. Komórki Abwehry przekazywały całkiem dokładne informacje, dotyczące desantu, szef komórki Abwehry w Hamburgu opracował nawet raport jednoznacznie wskazujący na możliwość desantu w Maroko i Algierii. Raport ten zaginął w trybach biurokratycznej machiny, a kolejne informacje dotarły do Niemców dopiero rano w dniu desantu...


Tuż przed lądowaniem, konsul Murphy spotkał się z gubernatorem Algierii, gen. Juinem. Amerykanin naciskał, prosił, apelował do sumienia generała, mówiąc, by dołączył do spiskowców i przeciwstawił się Vichy. Juin wyraził poparcie dla Aliantów, ale w tym momencie przestał być głównym rozgrywającym w tej grze. Traf chciał, że w Algierze pojawił się admirał Francois Darlan – głównodowodzący sił Vichy. Odwiedzał chorego syna. Jako przełożony Juina, mógł anulować każdy jego rozkaz. Co gorsza, admirał był kategorycznym przeciwnikiem układów z Brytyjczykami, których nienawidził, prezentował też skrajnie proniemiecką postawę. Darlan przejął dowództwo, a pozycja Murphy'ego spadła – okazało się, że wzburzone morze opóźniło siły inwazyjne. W tym czasie bojownicy zdobyli już swoje cele i zdołali aresztować przywódców Vichy, jednak wojsko i żandarmeria przywróciły porządek. Spiskowcy zostali aresztowani i trafili do obozów jenieckich.

Podobnie skończyła się analogiczna próba powstania w Maroko, gdzie przywódca rebelii, generał Bethouart – bohater spod Narviku – nakazał otoczyć willę głównodowodzącego sił Vichy w Maroko gen. Noguesa. Niewzruszony groźbami Nogues zadzwonił z willi do sąsiedniego garnizonu z prośbą o pomoc. Żołnierze przybyli na miejsce aresztowali spiskowców, a Nogues zaalarmował garnizon w Casablance. W efekcie spiskowcy nie osiągnęli nic, poza tym, że ostrzegli obrońców przed desantem. Marszałek Pétain na wieść o wydarzeniach w Algierii i Maroko wysłał do prezydenta Roosevelta oschłą depeszę: „Stawką jest Francja i jej honor. Zostaliśmy zaatakowani. Będziemy się bronić”.



Bałagan w Algierze

Krótko po północy 8 listopada rozpoczął się desant sił brytyjsko-amerykańskich w okolicach Algieru  najważniejszego celu operacji. Celem były forty i baterie artylerii nadbrzeżnej wokół miasta oraz lotnisko Maison Blanche, na które miano przebazować dywizjon myśliwców Hurricane. Jeszcze przed rozpoczęciem desant spotkał problemy – torpeda niemieckiego U-Boota uszkodziła jeden ze statków, transportujący batalion z 39. pułku piechoty, w efekcie został on wyłączony z walki i przybył na miejsce dopiero parę dni później. Pozostałych 32 tysiące żołnierzy rozpoczęło lądowanie wokół miasta na trzech plażach – dwóch na zachód, jednej na wschód. Desant odbywał się w atmosferze chaosu. Wychodziły braki w wyszkoleniu, niedokładność rozpoznania i słabe przygotowanie operacji. Słabo wyszkolone załogi barek nie radziły sobie z silnym prądem przybojowym. Niektóre barki godzinami błądziły, szukając punktów docelowych. Jedną kompanię wysadzono 15 mil na zachód od jej odcinka – jej żołnierze kląc na czym świat stoi wrócili na barki i popłynęli z powrotem. Innych żołnierzy wysadzano za daleko od brzegu i wpadali do zbyt głębokiej wody. Na 104 barki, biorące udział w desancie, aż 98 zatonęło lub zostało uszkodzonych, rozbijając się o skały. Mimo bezwzględnego nakazu zachowania ciszy radiowej, na plażach było głośno jak na ruchliwej ulicy. Sprawę jeszcze pogarszał fakt, że Brytyjczykom wydano przydziałową rację rumu, więc ci podczas lądowania śpiewali na całe gardło.


Na całe szczęście dla lądujących, Francuzi nie stawili praktycznie oporu. Garnizony w Sidi Ferruch i Castiglione na zachód od Algieru nie stawiły żadnego oporu. Podobnie było z Mantifou po wschodniej stronie miasta. Rankiem amerykańscy żołnierze zdobyli lotnisko z pełnym zapasem benzyny, co umożliwiło operowanie brytyjskim samolotom.


Zupełnie inaczej za to przebiegła operacja „Terminal”, której celem było opanowanie portu w Algierze i uchronienie go przed zniszczeniem. Do akcji tej wyznaczono dwa stare brytyjskie niszczyciele HMS „Malcolm” i HMS „Broke”, na które zaokrętowano 600 żołnierzy z 3. batalionu 135. pułku amerykańskiej 34. Dywizji Piechoty.. Amerykanie ćwiczyli wcześniej załadunek, desant i lądowanie w Szkocji. Brytyjskie okręty oczekiwały kilka mil od Algieru na informację o lądowaniu. Kiedy wreszcie ją otrzymały o godz. 4, ruszyły ku wejściu do portu w celu przerwania sieci zagradzające. Francuzi jednak byli czujni i otworzyli ogień z baterii nadbrzeżnych, trafiając idącego na czele „Malcolma”. Okręt został poważnie uszkodzony, zniszczono trzy z czterech kotłów, ograniczając prędkość, co zmusiło dowódcę do wycofania niszczyciela. „Broke” miał więcej szczęścia, zdołał przy trzecim podejściu przerwać zaporę i wbić się do portu mimo kilku trafień. Okręt dotarł do najbliższego nabrzeża i wysadził desant. Amerykanie rozbiegli się po porcie, a następnie ruszyli do miasta. Potracili jednak orientację i zostali błyskawicznie wyłapani przez strzelców senegalskich, broniących Algieru, wspartych przez samochody pancerne. Tymczasem ciężko uszkodzony „Broke” nabierał zbyt dużo wody i otrzymał rozkaz wycofania się z portu. Został wzięty na hol przez niszczyciel „Zetland”, ale okazało się, że okręt nie dopłynie do Gibraltaru. Wobec tego, nakazano opuszczenie okrętu, który zatonął 10 listopada. Operacja „Terminal” zakończyła się klęską, zginęło 22 żołnierzy i marynarzy, 55 dalszych zostało rannych, utracono jeden okręt, a cały desant trafił do francuskiej niewoli.


Wraz z rozpoczęciem dnia, francuski opór stawał się coraz ostrzejszy, zwłaszcza ze strony francuskiej marynarki wojennej. Obsady dwóch baterii nadbrzeżnych, mimo niewielkiej liczby amunicji i niskich stanów osobowych, broniły się zaciekle przez większość dnia – bateria Duperre poddała się w południe, wyrzucając biały ręcznik przez okno po nalocie brytyjskich samolotów, sąsiednia bateria Lazaret poddała się dopiero wieczorem, a pobliski Fort d'Estres skapitulował następnego dnia. Co gorsza, do walk włączyła się Luftwaffe, bombardując okręty sił inwazyjnych. Mimo że Algier został otoczony, to Francuzi niezbyt chcieli się poddać – do szeregów obrońców dołączali cywilni ochotnicy. Admirał Darlan, osobiście dowodzący obroną po odsunięciu proalianckiego gen. Masta, zdawał sobie jednak sprawę, że nie zdoła zatrzymać trzykrotnie silniejszych sił – jego jednostki liczyły zaledwie 7 tysięcy żołnierzy, głównie kolonialnych, a atakujący mieli potężne wsparcie okrętów. Wobec tego postanowił wznowić rokowania z gen. Clarkiem. Wieczorem 8 listopada gen. Juin poddał Algier i walki w tym rejonie zakończyły się. Równocześnie, admirał Darlan rozpoczął długie negocjacje dotyczące wstrzymania ognia w całej Algierii i Maroko. Kiedy dowódcy się naradzali, walki trwały na innych odcinkach.


Niefortunny „Łotr”

Lądowanie wokół Oranu przebiegło w dużo bardziej dramatycznych okolicznościach. Tak jak w Algierze, liczący 39 tys. żołnierzy i 2400 pojazdów desant został wysadzony na plaże pod Arzeu, Andalouses i przylądkiem Fegalo krótko po północy 8 listopada. Ze względu na bliskość bazy Mers-el-Kebir w tym rejonie nie lądowali Brytyjczycy – obawiano się, że rozjuszy to Francuzów, którzy zmiotą desant. Opóźnił się on o pół godziny przez silny prąd przybojowy, miotający barkami, jak i pojawieniem się niewielkiego francuskiego konwoju. Desant przebiegał bez większych przeszkód, a głównym przeciwnikiem okazały się  płycizny, których nie wykryto wcześniej i trzeba było je omijać. Ponadto, pojawiły się błędy w nawigacji, a część transportowców została źle naprowadzona i zboczyła na zachód.  Na szczęście Francuzi początkowo nie stawiali oporu – jedynie jedna bateria ostrzeliwała okręty, ale była uciszana przez wspierający desant pancernik HMS „Rodney”. Jako pierwsi wylądowali komandosi z 1. batalionu rangersów dowodzeni przez płk Williama Darby'ego, którzy niewielkimi łodziami dowiosłowali do brzegu i zajęli bez wystrzału dwa główne forty: du Nord i de la Pointe, Śpiące załogi zostały wzięte z zaskoczenia, a droga dla głównych sił była otwarta. Pod Arzeu wylądowały główne siły desantu – liczące dwa pułki piechoty i grupę pancerną. Dopiero po jakimś czasie Francuzi próbowali reagować, ale anemiczny atak strzelców algierskich, wspartych 14 starymi czołgami Renault FT utknął w miejscu. Amerykanie posuwali się naprzód, sporadycznie ostrzeliwani przez strzelców wyborowych. Celem Amerykanów były położone na południe od Oranu lotniska La Senia i Tafaraoui.


Lotniska te miały zostać zajęte w ramach operacji „Villain”, która zakończyła się raczej umiarkowanym sukcesem i charakteryzował ją głównie bałagan. Do operacji wyznaczono 2. batalion 509. pułku spadochronowego w sile 556 żołnierzy, dowodzonych przez ppłk. Edsona Raffa. Wieczorem 7 listopada spadochroniarze z poczerniałymi twarzami zgromadzili się na lotniskach w Kornwalii, gdzie załadowali się na 39 samolotów transportowych i wystartowali ku brzegom Afryki. Lot miał trwać 9 godzin przez ponad 1100 mil, pogwałcając neutralność Hiszpanii. Tak i tutaj dały znać o sobie braki w przygotowaniu i okazało się, że brakuje urządzeń nawigacyjnych, a niezbyt dokładne mapy rejonu lądowania mają tylko dowódcy sekcji w każdym samolocie. Piloci byli zmęczeni, bo wskutek chaosu ich samoloty przybyły na lotniska dopiero tuż przed startem. Sytuację pogorszyła jeszcze bardziej burza nad Zatoką Biskajską, która całkowicie rozproszyła formację. Nieprzyzwyczajeni do takich atrakcji spadochroniarze starali się zwalczyć chorobę powietrzną. Silny wiatr spychał samoloty na zachód, nie pomagało dodatkowe naprowadzanie z okrętu HMS „Alynbank” koło Gibraltaru, bo nadawał on na złej częstotliwości. Z kolei przemycone urządzenie naprowadzające „Eurecca” koło lotniska Tafaraoui, zostało wysadzone przez amerykańskiego agenta po całonocnym nadawaniu. W efekcie rankiem spadochroniarzy podczas zrzutu rozsiało po całej północnej Afryce. Jeden z samolotów wylądował w Gibraltarze, dwa w Maroko, a trzy kolejne internowali Hiszpanie. Rekordzista zrzucił swoich spadochroniarzy w... hiszpańskim Maroko. Nad lotnisko La Senia dotarły tylko trzy samoloty, przywitane od razu ogniem przeciwlotniczym. Sam dowódca lotu, plk Bentley, wylądował na polu zboża, by, wypytawszy wieśniaków, upewnić się, że w ogóle znajduje się na właściwym kontynencie. Lecąc dalej zauważono 12 samolotów stojących na dnie wyschniętego słonego jeziora Sebkha d'Oran, a niedaleko od nich kolumnę pancerną, która wyglądała, jakby przymierzała się do ataku. W odpowiedzi na to, płk Raff nakazał skok spadochroniarzom z pozostałych mu 9 samolotów na tyły kolumny. Dopiero po wylądowaniu okazało się, że czołgiści są Amerykanami i należą do 1. Dywizji Pancernej, którzy zmierzali do lotnisk opanowanych – jak sądzili – przez spadochroniarzy.

Trzy samoloty wylądowały na końcu jeziora, a ich piloci, w tym płk Bentley, aresztowani przez francuską żandarmerię. Część spadochroniarzy po wylądowaniu na jeziorze zdecydowała się iść na piechotę do lotnisk, oznaczając swój szlak rozrzuconymi nabojami. Dowodzący grupą major Yarborough wezwał trzy samoloty z prośbą o zabranie jego ludzi. Kiedy samoloty przyleciały i wystartowały, pojawiły się francuskie myśliwce, które ostrzelały amerykańskie samoloty i zmusiły je do lądowania. W końcu, wyczerpani, spragnieni i brudni spadochroniarze dotarli na ciężarówkach do lotniska Tafaraoui 9 listopada, zaś La Senia zdobyły oddziały 1. DPanc. Z 39 samolotów tylko 14 było sprawnych, zaś batalion uznano za niezdolny do dalszej walki.



Klęska „Rezerwisty”

Katastrofą zakończyła się za to operacja „Reservist” - bliźniaczka akcji „Terminal”, mająca na celu opanowanie portu w Oranie. W celu zdobycia portu wyznaczono niewielki zespół brytyjskich okrętów: dwa slupy wojenne, w przeszłości patrolowce amerykańskiej straży granicznej: HMS „Walney” i „Hartland”. Desant osłaniały dwa ścigacze torpedowe. Na slupach znaleźli się żołnierze z 3. batalionu 6. pułku 1. Dywizji Pancernej oraz specjaliści portowi US Navy i Royal Navy. Okręty płynęły pod wielkimi amerykańskimi banderami, a żołnierzom wydano opaski identyfikacyjne. Załogi zaprotestowały i dodatkowo pozwolono im wywiesić na rufach okrętów bandery brytyjskie.

Tuż po północy 8 listopada zespół zbliżył się do oświetlonego Oranu - jako pierwszy podchodził „Walney”, przygotowując się do staranowania zagrody bonowej, reszta za nim. Nagle zgasły światła i okręty minęły zagrodę, wykonano więc zwrot i spróbowano ponownie. Oficer stojący na mostku nawoływał po francusku załogę Oranu do poddania się - i wówczas odezwały się działa artylerii nadbrzeżnej, zabijając oficera na miejscu. Francuzi zapalili reflektory i widzieli agresorów jak na dłoni - razem z podwójnymi banderami na flagsztokach Ścigacze próbowały stawiać zasłonę dymną - ale tę rozwiewał wiatr. W chaosie jeden ze ścigaczy zderzył się z „Walneyem” i musiał wycofać się z walki. Rozbudzeni Francuzi odpowiedzieli ze wszystkiego, co mieli: ogień otworzyły działa, będące w porcie niszczyciele, a nawet okręty podwodne. Awizo ''La Surprise'' ruszyła z miejsca, więc „Walney” próbował je staranować. Okręty minęły się o włos, a awizo otworzyło ogień, doszczętnie demolując mostek brytyjskiego okrętu. Chwilę później „Walney” zbliżył się do niszczyciela „Epervier”, który próbowano abordażować - ale brytyjski slup miał za małą moc, by przyciągnąć wielki niszczyciel do siebie. Francuzi otworzyli morderczy ogień z niewielkiej odległości, masakrując amerykańskich komandosów, którzy próbowali obrzucić francuski okręt granatami. W końcu, dryfujący już tylko siłą bezwładności „Walney” zatonął. Nie lepiej było z „Hartlandem” - okręt przy drugim podejściu został ciężko uszkodzony ogniem artylerii nadbrzeżnej i minął o metry wejście do portu, uderzając w skały. Zdołał się wycofać i wejść do portu, ale tam na niego czekał niszczyciel „Typhon”, który z 30 metrów bluznął salwą 130 mm pocisków, całkowicie dewastując okręt. Ci, którzy zdołali, opuścili tonące slupy i próbowali dotrzeć do brzegu, gdzie wyłapali ich Francuzi.


Straty wyniosły 90 %, poległo ponad 300 żołnierzy i marynarzy, a dalszych 250 było rannych. Ci, którzy przeżyli, doświadczyli francuskiej niewoli, dołączając do schwytanych spadochroniarzy.
Jeszcze tej samej nocy wyszły z portu w Oranie cztery francuskie okręty, aby rozpoznać sytuację pod Arzeu. Brytyjczycy był przygotowani i otworzyli ogień. W bardzo nierównej walce Francuzi odważnie otworzyli ogień, ruszyli też do ataku torpedowego – wszystko na nic. Krążownik „Aurora” i trzy brytyjskie niszczyciele zniszczyły francuski niszczyciel i jedno awizo. Trzeci niszczyciel zmuszony był wyrzucić się na brzeg. Czwarty okręt, niszczyciel „Typhon”, zdołał umknąć. Próbę zaatakowania floty inwazyjnej podjęły też trzy francuskie okręty podwodne. Dwa z nich zatopiono bombami głębinowymi, trzeci zdołał umknąć do Tulonu.


Tymczasem wokół Oranu walki trwały jeszcze dwa dni. Francuski opór przybrał na sile w miarę, jak Amerykanie podążali w głąb lądu, doszło nawet do kilku lokalnych kontrataków. Główną siłą była dywizja „Oran”, złożona z jednostek cudzoziemskich, Algierczyków i Tunezyjczyków. W pobliżu miasta St. Cloud (obecnie Gdyel) żołnierze 1. Dywizji Piechoty wpadli w zasadzkę, a następnie zatrzymani na dwa dni. Twardy opór stawili żołnierze algierscy i tunezyjscy, przygniatając przerażonych Jankesów do ziemi. Rozwścieczeni oporem oficerowie amerykańscy żądali zrównania miasta z ziemią, ale dowódca dywizji nie wyraził zgody. Zamiast tego okrążono miasto w nocy, pozostawiając je na tyłach. Manewr się powiódł i rankiem 10 listopada 1. DP dotarła do Oranu, jednocześnie zajmując okrążone St. Cloud po ciężkiej walce. Niedoświadczeni Amerykanie otwierali ogień do wszystkiego, co się ruszało, ostrzeliwując Allahowi ducha winnych arabskich sprzedawców, czy kierowców ciężarówek. Na południu do walki włączyły się francuskie jednostki pancerne, ścierając się z amerykańskimi lekkimi czołgami Stuart. Jednak wiekowe czołgi Renault FT, pamiętające czasy walki nad Sommą, nie miały szans z nowoczesnymi pojazdami. W samym rejonie lotniska Tafaraoui zniszczono 14 francuskich czołgów. Kiedy ataki odparto, Amerykanie wznowili natarcie na Oran, gdzie 1. Dywizja starła się z francuskim pułkiem żuawów, tocząc walkę o każdy dom. Dopiero przysłanie posiłków i czołgów złamało francuski opór, ale było już za późno. Wiedząc, że Amerykanie się zbliżają i zajmują kolejne kwartały miasta, komendant portu, wiceadmirał Andre Rioult nakazał zniszczenie urządzeń portowych i zablokowanie basenu. Blisko trzydzieści statków i okrętów zatopiono w porcie, uniemożliwiając korzystanie z niego przez najbliższe dwa miesiące. W samym Oranie poległo ponad 600 żołnierzy, utracono też dwa okręty. Taka była cena za egoizm i zadufanie w sobie załóg Royal Navy.



„Jean Bart” odpowiada ogniem

Najcięższe walki jednak czekały Aliantów podczas walk o Casablankę. Lądowanie w Maroko miało odbyć się trzy godziny później, niż desanty w Algierze i Oranie, a to dlatego, że konwój transportujący Zachodnią Grupę Bojową miał przepłynąć cały Atlantyk. Zadanie spoczęło wyłącznie na Amerykanach. Celami była baza francuskiej marynarki wojennej w Casablance i dże lotnisko w Port Lyautey. Ze względu na to, że sama Casablanka była zbyt silnie broniona, desanty zdecydowano się przeprowadzić wokół niej: pod Fedalą, Safi i Mehdią czyli na przestrzeni ponad kilkuset km. Wymagało to rozdzielenia zespołu – trzy części skierowały się do desantu, jedna, złożona z pancernika i dwóch krążowników, pozostała jako osłona. Amerykanów trapiła najbardziej pogoda – silny sztorm na Atlantyku nieomal zmusił ich do odwołania operacji. Na szczęście meteorolodzy donieśli o planowanym uspokojeniu pogody na jeden dzień. Margines bezpieczeństwa był mały, ale zdecydowano się lądować.


Jako pierwsza desantowała się południowa część zgrupowania. Rejon był słabo broniony przez dwie stare baterie nadbrzeżne i niewielki garnizon. Amerykanie znali słabe punkty przeciwnika i postanowili uderzyć jednocześnie na port i plaże. Do portu w Safi, 200 km na południe od Casablanki, wdarły się dwa niszczyciele, przerywając sieci zagrodowe. Okręty wysadziły desant żołnierzy z 9. DP i opanowały port. Francuzi początkowo nie otworzyli ognia, a gdy już to zrobili – było za późno. Ogień oddały okręty amerykańskie. Desant 2. Dywizji Pancernej na plażach, mimo przypadkowej eksplozji na jednej z barek desantowych, także się powiódł. Atak zakończył się pełnym sukcesem przy stracie zaledwie 3 poległych.


Dużo gorzej było pod Fedalą, 24 km na północ od Casablanki, gdzie desantowała się większość sił desantu – 19 tys. żołnierzy z 3. DP. Przeciw sobie mieli 2500 francuskich żołnierzy, wspartych przez dziesięć dział. Najwięcej problemu sprawił – tak jak w Algierze – bałagan i brak doświadczenia. Załadunek przebiegał bardzo powoli, barki w ciemnościach gubiły się i rozbijały o skały, żołnierze tonęli, bo wyskakiwali zbyt daleko od brzegu. Mało która barka dotarła na właściwy odcinek plaży. Rwała się łączność, jednostki mieszały się ze sobą. W zasadzie tylko brakiem reakcji Francuzów należy tłumaczyć, dlaczego nie doszło do katastrofy. Obrońcy zareagowali dopiero rano, ale baterie zostały szybko uciszone przez krążownik USS „Augusta”. Dużo większy problem spowodowała pogarszająca się pogoda, która w pewnym momencie doprowadziła do wstrzymania rozładunku. Mimo to, do końca dnia Amerykanom za cenę 150 ludzi udało się opanować ten rejon, przybył też gen. Patton, poganiając żołnierzy.


Ostatni desant miał miejsce pod Mehdią, gdzie wylądowało 9 tys. ludzi. Ich celem było lotnisko Port Lyautey, jedyne z utwardzonym pasem w Maroko, na które miał przebazować się samoloty. Należało też zdobyć silną baterię nadbrzeżną Kasbah. Amerykanie spodziewali się łatwego zadania, tymczasem liczba problemów przewyższyła inne plaże. Tak jak wszędzie lądowanie odbyło się w atmosferze bałaganu, jednostki lądowały w złych sektorach, kiedy pierwsze barki dopływały do plaż, nastawał już świt. Sytuacja stała się wprost tragiczna, kiedy Francuzi otworzyli ogień. Atak amerykańskiego 60. pułku załamał się pod ogniem Francuzów. Ogień artylerii okrętowej nie wyrządził obrońcom większych strat, za to nakrył amerykańskich piechurów. Cały dzień i noc Amerykanie spędzili na swoich pozycjach, a posiłki nie nadchodziły. Dopiero rankiem 9 listopada przybyło kilka lekkich czołgów i ustanowiły pozycję ryglującą, wsparcia udzieliła artyleria okrętowa i lotnictwo.

Niedługo potem o ataku ruszyli strzelcy marokańscy, wsparci 14 czołgami z 1. afrykańskiego pułku czołgów. Przestarzałe francuskie Renaulty nie miały szans w walce – 4 zostały zniszczone. Amerykanie poszli za ciosem i wysłali na pokładzie jednego niszczyciela oddział komandosów z zadaniem opanowania lotniska. Udało się to, ale opór nadal stawiały baterie nadbrzeżne. Amerykanie wściekle atakowali i byli odrzucani raz po raz, ale dopiero piąty atak, połączony ze zmasowanym ostrzałem artyleryjskim i bombardowaniem pozwolił na skruszenie oporu.


Za to w samej Casablance zapanowała konsternacja. Francuzi nie wiedzieli z kim mają do czynienia, ale dzięki ostrzeżeniu od gen. Noguesa dowodzący obroną adm. Felix Michelier postawił w stan gotowości cały garnizon. O 7 rano po dostrzeżeniu amerykańskich okrętów bateria nadbrzeżna El Hank otworzyła ogień. Wraz z nią odezwał się okręt, który najbardziej martwił Amerykanów.

 

Pancernik „Jean Bart”, nazwany na cześć słynnego XVII-wiecznego admirała, od 1940 r. cumował w Casablance. Nadal nieukończony, z tylko jedną sprawną wieżą artylerii głównej, stanowił nadal poważne zagrożenie. Pancernik otworzył ogień w stronę amerykańskich okrętów, te zaś odpowiedziały burzą ognia i stali, zatapiając większość statków w porcie i zamieniając nadbrzeża w ruiny. Do walki włączyły się samoloty pokładowe z lotniskowca USS „Ranger”, ale i Francuzi wysłali swoje myśliwce, które zestrzeliły m.in. wodnosamolot z krążownika „Wichita”. W końcu, pancernik „Massachusetts” uciszył francuski okręt, trafiając go siedem razy, a jeden z pocisków zablokował wieżę. Pancernik osiadł na mieliźnie. Korzystając z zamieszania, francuska 2. Eskadra Lekka zdecydowała się opuścić port stawiając zasłonę dymną. Składała się ona z krążownika „Primauguet” i 7 niszczycieli. Amerykanie, tocząc bój z francuskimi bateriami i „Jean Bartem” nie zauważyli, że oddalili się zbyt daleko od portu, a tymczasem francuska eskadra zmierzała bezpośrednio na flotę desantową.  Francuzi nie docenili jednak potęgi amerykańskich radarów. W reakcji na to ruszyły natychmiast krążowniki USS „Augusta” i „Brooklyn”, włączyły się też samoloty pokładowe. Casablanka wyglądała wówczas jak scena z jakiegoś dramatu: w powietrzu ścierały się amerykańskie Wildcaty z francuskimi Dewoitine'ami o żółto-czerwonym malowaniu, port był osnuty dymem z płonących magazynów, raz po raz strzelały baterie nadbrzeżne, okręty lawirowały między eksplodującymi w morzu pociskami, tonęły barki i niszczyciele. W nierównej walce Francuzi dzielnie stawili opór agresorom. Amerykanie szybko zatopili cztery niszczyciele, dwa kolejne wyrzuciły się na brzeg. Francuzi zdołali jednak wcześniej zniszczyć 150 barek desantowych. Krążownik „Primauguet”, mimo że ciężko uszkodzony, odgryzał się do czasu, gdy pożar nie zamienił go w płonący wrak, wyrzucony na brzeg i wypalony do cna. Ogień prowadziły baterie nadbrzeżne, trafiając USS „Wichita”. Do ataku ruszyły też francuskie okręty podwodne, atakując Amerykanów torpedami, jednak niecelnie. Jeden z nich został Zaledwie jeden francuski niszczyciel zdołał powrócić do Casablanki. Nieustępliwi francuscy dowódcy próbowali jeszcze raz zaatakować, ale gdy okazało się, że mają tylko dwa sprawne okręty, zaniechali tego planu. Przypadkową „ofiarą” starcia był sam gen. Patton, kiedy podmuch po wystrzale z działa „Augusty” zmiótł jego bagaż z pokładu barki.


Bitwa morska pod Casablanką miała swój dalszy ciąg dwa dni później, kiedy niespodziewanie „do świata żywych” powrócił „Jean Bart”. Usunąwszy uszkodzenie wieży niestrudzona francuska załoga otworzyła ponownie ogień do flagowego USS „Augusta”, który ścigał francuskie trałowce. W odpowiedzi na to Amerykanie znowu wysłali samoloty, które poważnie uszkodziły okręt dwoma trafieniami bomb i definitywnie wyłączyły z walki.


Cała bitwa morska kosztowała Francuzów poważne straty – zatopiono jeden pancernik, krążownik, 4 niszczyciele i 5 okrętów podwodnych. Dalsze trzy niszczyciele i dwa okręty podwodne zostały uszkodzone, zginęło 460 ludzi.


Dopiero 11 listopada na miejscu pojawili się Niemcy, siłami dwóch okrętów podwodnych. U-173 i U-130 zaatakowały flotę inwazyjną. U-173 zatopił transportowiec z ponad setką ludzi na pokładzie oraz uszkodził niszczyciel i tankowiec. Następnego dnia U-130 storpedował trzy transportowce – wszystkie zatonęły. Ostatni akord wykonał się 15 listopada, kiedy U-155 zatopił w pobliżu Gibraltaru lotniskowiec HMS „Avenger” - zginęło 516 ludzi.


Mimo opisanych trudności, Amerykanie rozwijali natarcie. Gdzieniegdzie napotykali na silniejszy opór, jak pod Safi, gdzie francuski oddział zmotoryzowany wziął do niewoli kilkudziesięciu jeńców i zdobył cztery czołgi. Mimo to, Amerykanie okrążali pomału port. Generał Patton miał zamiar złamać francuski opór z pełną brutalnością – prowadząc zmasowany ostrzał i bombardowanie miasta, a następnie szturm bezpośredni. Ale zanim to nastąpiło, wydarzył się nieomal cud.



Wygaszenie „Pochodni”

Prowadzący długie negocjacje admirał Darlan nie chciał się podporządkować Amerykanom. Liczył na to, że powiększające się problemy i straty atakujących postawią go w lepszej sytuacji przetargowej. Poza tym, uważał siebie za jeńca, który nie może wydawać rozkazów swoim żołnierzom. W końcu admirał, pilnowany przez ocalałych z rzezi w Oranie żołnierzy, wydał rozkaz wstrzymania ognia podległym mu oddziałom 10 listopada po południu, gdy przybył gen. Giraud. Gdy dowiedział się o tym marsz. Petain, którego Darlan bezgranicznie podziwiał i uważał za jedynego swojego zwierzchnika, nakazał usunąć admirała ze stanowiska i potępił jako zdrajcę. Załamany Darlan chciał odwołać rozkaz, ale gen. Clark kazał zamknąć go w areszcie domowym. Mianowany dowódcą armii Vichy gen Nogues z kolei zbiegł na teren Maroko hiszpańskiego, obawiając się konsekwencji swoich decyzji.


Większość jednostek posłuchała rozkazu, niektóre jednak dołączyły do Niemców. Ci zaś, zdając sobie sprawę z rozsypującej się pozycji Vichy, rozpoczęli realizację planu „Anton”. 10 listopada siły niemiecko-włoskie wkroczyły na tereny nieokupowane i rozbroiły francuską armię. Próbowały dotrzeć do Tulonu, by przejąć francuską flotę, ale ta dokonała samozatopienia – ponad 70 okrętów spoczęło na dnie basenu portowego, znacząc smutny koniec wielkiej armady, która nie zdołała się zapisać wspaniałymi czynami na polu walki. Na wieść o tym admirał Darlan postanowił współpracować z Aliantami, a jednostkom francuskim w sąsiedniej Tunezji stawić opór nadciągającym Niemcom. W zamian za współpracę generał Eisenhower mianował go komisarzem Afryki Północnej, a generała Girauda – szefem sił zbrojnych. Posunięcie to było mocno krytykowane jako „sprzymierzenie się z nazistą”. Niedługo później, w Wigilię Bożego Narodzenia admirał został zamordowany dwoma strzałami młodego francuskiego monarchisty, który wdarł się do jego gabinetu. Do dzisiaj trwają spory, kto tak naprawdę odpowiedzialny był za ten zamach, chociaż ustalono, że napastnik działał sam. Na śmierci Darlana skorzystali wszyscy – przede wszystkim Giraud, który zastąpił go na stanowisku i natychmiast kazał rozstrzelać zamachowca.


Operacja „Torch” zakończyła się sukcesem, jednakże ważniejsze były konsekwencje, jakie za sobą pociągnęła. Cała francuska Afryka Północna znalazła się w rękach Aliantów – pozostał jeden cel: zdobycie Tunezji. Ale wyścig do Tunisu wygrali ostatecznie Niemcy, powstrzymując nieopierzonych Amerykanów w końcu listopada. Opieszałość, błędy w natarciu, bałagan odbiły się konsekwencjami – walki w Afryce trwały jeszcze pół roku.


Straty na szczęście nie były dosyć wysokie. Alianci utracili 1100 poległych i 800 rannych, utracono 15 okrętów. Straty francuskie były niższe– 800 poległych i ponad 1000 rannych oraz 14 okrętów. Francuzi utracili też większość swoich sił pancernych i lotniczych. Niemieckie straty były natomiast symboliczne – 15 lotników i jeden okręt podwodny. Operacja ujawniła szereg błędów w planowaniu i szkoleniu. W zasadzie tylko niezorganizowanie francuskiego oporu uchroniło Aliantów przed katastrofą. Szczęściem w nieszczęściu było to, że przeciwnikiem były wojska francuskie, a nie silni i doświadczeni Niemcy. Generał Patton z rzadką dla Amerykanów nutką samokrytyki stwierdził: „gdyby to Niemcy starali się powstrzymać naszą inwazję, nigdy nie udałoby się nam wydostać na ląd.” Zdobyto jednak bardzo cenne doświadczenie, które przydało się przy planowaniu kolejnych operacji desantowych, wieńcząc to lądowaniem na plażach Normandii 6 czerwca 1944 r.
 
 

 

 


avatar
O autorze: Andrzej1993

.

DODAJ KOMENTARZ

Imię i nazwisko:

Adres email:



Treść komentarza:

Komentarze (0)

OSTATNIO NA FORUM
Jaki internet na studia?
18 November 2018, 12:09
Litewskie lokomotywy zagrały Mazurka
12 November 2018, 10:53
Menu żołnierza
20 Listopad 2018, 18:31
Metody rozładowania napięć
14 Listopad 2018, 09:38
PARTNERZY

STATYSTYKI
Użytkowników: 2696
Artykułów: 503
Komentarzy: 22060